Kolejna – po pracy Marcina Zaborskiego Lato ’39. Jeszcze żyjemy – publikacja poświęcona ostatnim wakacjom przed wybuchem II wojny światowej. Niestety, oprócz tematu, dzieli ona również większość problemów poprzednio już omawianego wydawnictwa. Lisiecka traktuje tytuł swojej książki bardzo umownie, przez co praca dotyczy właściwie całego dwudziestolecia międzywojennego, ostatnie lato przed wojną jest zaś na ogół jedynie małym fragmentem większej narracji. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby opowieść o polskiej turystyce była przedstawiona w sposób pogłębiony, wciągający i uporządkowany. Tymczasem już od wstępu Lisiecka zarzuca czytelnika mieszanką jednozdaniowych ciekawostek – wielokrotnie potem zresztą powtarzanych – na temat tego, gdzie, kto i po co jeździł. Daje to nieuchronne wrażenie narracji prowadzonej bez ładu i składu, za to z mnóstwem nazwisk, których nie sposób zapamiętać i które większości czytelników zapewne nic nie powiedzą (przypisy biograficzne dodano zaś bardzo wybiórczo). Należy natomiast docenić, iż Lisiecka – inaczej niż Zaborski – sięgnęła do bogatej literatury z epoki, nie ograniczając się do doniesień prasowych. Wrażenie robi także ogromny materiał ikonograficzny. Wprawdzie w trakcie lektury można niekiedy odnieść wrażenie przeglądania albumu, nie bardzo też wiadomo, po co w takiej książce aż tyle zdjęć, ale widać mrówczą pracę osób odpowiedzialnych za kwerendę archiwalną. Mimo tych zalet, trudno mi polecić Wakacje 1939, książka nie daje bowiem ani pogłębionej wiedzy, ani większej przyjemności. Werdykt? Można przeczytać, choć nie bardzo wiadomo, po co.
Znana opozycyjna dziennikarka opisuje życie Rosjan, głównie tych zamieszkujących prowincję. Jak możemy się domyślić nie otwierając nawet okładki, egzystencja bohaterów jej reportaży jest smutna, pozbawiona nadziei i na ogół przedwcześnie dobiega końca. Przyszło nam tu żyć nie jest zatem w stanie wstrząsnąć, ani nawet zaskoczyć: o tym, że Rosja to od dekad, jeśli nie od wieków, kraj zgniły, moralnie upadły i ahumanitarny, nie trzeba przecież nikogo przekonywać. Jedyną zaletą książki Kostiuczenko jest to, iż pozwala dostrzec częściowe przynajmniej źródło owej zgnilizny: bezwolność, patriarchat (rozumiany w dosłownym sensie – jako podporządkowanie wyższej władzy, bez względu na płeć tej ostatniej), pełne rezygnacji pogodzenie. Biorąc te małe, choć niezmiennie ponure scenki razem, nie sposób nie dojść do wniosku, iż największe państwo świata już dawno strawił rozkład, do którego jego mieszkańcy nie tylko przywykli, ale się w nim zadomowili i najwyraźniej próbują uczynić z niego – by tak rzec – towar eksportowy. Mówiąc najkrócej: brudna dusza Rosjan bynajmniej nie oczyściła się od czasów Dostojewskiego. Ale żeby się o tym przekonać, nie trzeba sięgać po Przyszło nam tu żyć: wystarczy włączyć pierwszy z brzegu kanał informacyjny.
Autorem pamiętnika jest Zdzisław Broński (ps. Uskok), przedwojenny podoficer, który w czasach drugiej wojny światowej walczył w oddziałach Armii Krajowej, a potem – jako partyzant – należał do zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, działając na terenie województwa lubelskiego. Tom składa się z dwóch głównych części: wspomnień pisanych z perspektywy czasowej, a także prowadzonego na bieżąco dziennika.
Autor publikacji to jeden z najwybitniejszych w powojennej Polsce popularyzatorów wiedzy w zakresie nauki i techniki. W tej cienkiej książeczce, wydanej wspólnie przez IPN i Instytut Historii PAN, pokazuje on swoje inne oblicze: młodego człowieka rzucanego z miejsca na miejsce wichrami wojny. Praca składa się z trzech części, odpowiadających trzem etapom okupacyjnego życia Przyrowskiego.
Kolejna z serii książek wydawanych przez PIW opowiadających o codzienności w dawnych czasach. Tym razem autor – znakomity mediewista Ryszard Kiersnowski – zabiera czytelnika na średniowieczny Dolny Śląsk. Okazuje się, iż dzieje tych ziem w rzeczonych czasach, pełne wojenek między książętami, fanatycznie religijnych świętych i katastrof naturalnych, są bardziej fascynująca, niż mogłoby się na pierwszy rzut wydawać.
Autor sięga do rodzinnych archiwów, by na podstawie fotografii i własnych wspomnień zrekonstruować opowieść o realiach polskiego przemysłu filmowego w okresie PRL. A ponieważ rodzice Pydy należeli do czołówki rzeczonego światka, ich syn ma w tym temacie wiele do powiedzenia: wymienia nazwiska, podaje fakty, przywołuje anegdoty, ale często w tym wszystkim sam wychodzi na pierwszy plan – co niekoniecznie jest zarzutem.
Rodzice nie rozumieją swoich nastoletnich dzieci. To nie jest okrągłe zdanko, od którego wygodnie zacząć recenzję. Ba, szczerze chciałbym, żeby była to mądrość z działu psychologicznego w kolorowej gazecie albo chwytliwa uwaga rzucona w telewizji śniadaniowej. Niestety, to szczera prawda. Międzygeneracyjne antagonizmy to cecha procesu zastępowania jednego pokolenia przez inne. A jednak dziś młody człowiek jest szczególnie narażony na poczucie odrzucenia i bagatelizowanie własnych problemów.
Książka poświęcona jest różnym formom ograniczenia wolności, jakie ustrój stalinowski stosował wobec obywateli do sławetnej odwilży, czyli roku 1956. Tadeusz Wolsza omawia kolejno trzy grupy placówek, w których przetrzymywano mniej lub bardziej słusznie skazanych: więzienia, obozy i ośrodki pracy więźniów. Każde z tych miejsc omówione jest wedle tych samych kryteriów, czyli m.in. wyżywienia, pracy, ucieczek i buntów albo czasu wolnego.
Pomysł na tę publikację – próba sportretowania nastrojów panujących na kilka tygodni przed wybuchem drugiej wojny światowej – był w swych założeniach bardzo interesujący, przede wszystkim dlatego, że dawał nadzieje na uzupełnienie istotnej luki w literaturze popularnohistorycznej. Niestety jego realizacja pozostawia wiele do życzenia.
Autor – wybitny historyk sztuki i wieloletni pracownik petersburskiego Ermitażu – postanawia odbrązowić obraz Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, czyli starcia ZSRR z Niemcami. Wysłany na front w wieku osiemnastu lat, Nikulin dokonuje niezwykle gorzkich, ale celnych obserwacji, dotyczących tego, czym w istocie był rzeczony konflikt zbrojny. W przeciwieństwie do pocztówkowej wizji bitew, w których potężna Armia Czerwona miażdży wroga nieposkromioną siłą sowieckiego żołnierza, Sołdat opisuje rzeczywistość diametralnie inną.