Autor Szczeliny – którą osobiście uważam za najlepszą powieść grozy, jaką kiedykolwiek czytałem – tym razem zabiera czytelników do Szkocji w czasach tuż przed pandemią. Akcja koncentruje się wokół tajemniczego kalejdoskopu. Ten na pozór niewinny przedmiot okazuje się śmiertelnie niebezpieczny i powoduje, że wokół każdej osoby, która ma z nim kontakt, zaciska się tytułowa pętla. Karika prowadzi fabułę z punktu widzenia trzech postaci, których losy się zazębiają. I tutaj zaczynają się pierwsze problemy. Niestety, bohaterowie ci napisani są po prostu nierówno. Najmniej widoczne jest to w przypadku Douga, rodowitego Szkota, który okazuje się zarazem najbardziej sympatyczny. Trudno jednak to samo powiedzieć o Eryku i Annie: ten pierwszy to typowy cham i prostak, ta druga zaś dysponuje życiem psychicznym ograniczonym do stanu zakochania. Co gorsza, każda z tych postaci mówi w bardzo podobny sposób, przez co różnice między nimi jeszcze bardziej się zacierają. Nierówno wypada także sama fabuła. Najlepiej czyta się pierwszą połowę, w której jest jeszcze jakaś tajemnica, a do tego Karice udało się świetnie wykreować klimat Edynburga. (Być może mam takie wrażenie, bo miasto odwiedziłem na trzy miesiące przed opisywanymi przez autora wydarzeniami.) Niestety, w drugiej połowie wiemy już dosłownie wszystko, autor zaś nie wprowadza żadnych zwrotów akcji, powtarzając te same sceny, opisywane z innego punktu widzenia. Nie trzeba mówić, że dla napięcia jest to rozwiązanie zabójcze – nie może zatem dziwić, że zakończenie zostawia czytelnika z poczuciem rozczarowania. Tym razem na plus należy natomiast zaliczyć brak wyraźny wtrętów filozoficznych: teoria wiecznego powrotu, którą Karika wziął zapewne od Friedricha Nietzschego (ale ma swe źródła w gnozie, a wcześniej w metafizyce stoików), jest jedynie tłem, nie zaś – jak w nieszczęsnym Wietrze – sednem. Nie zmienia to jednak faktu, że Pętla to powieść po prostu przeciętna: dobra w zamyśle, gorsza w wykonaniu, a słaba – w prowadzeniu akcji.
Założone przez Mariana Kistera wydawnictwo Rój było jedną z największych tego typu firm w przedwojennej Polsce. Nic zatem dziwnego, że wspomnienia na temat kulisów jej działalności, napisane przez żonę wydawcy, powinny być ciekawe i wciągające. Niestety, nie są. Hanna Kister ewidentnie nie ma talentu literackiego, nie umie bowiem przedstawić dziejów funkcjonowania Roju w sposób sugestywny – zamiast tego zatrzymuje się ona na wymienieniu katalogu publikowanych książek. Nawet osobiste relacje na temat autorów, a znajomości z nimi Kister musiała zawiązać bardzo wiele, są bardzo skrótowe i polegają na odnotowaniu faktów na modłę kronikarską, bez próby oddania atmosfery literackiego klimatu międzywojnia. Szczególnie bolesne okazuje się to w przypadku wspomnień z września 1939 roku, w których nie da się odczuć nawet cienia grozy, bowiem na opis tego, co działo się wówczas w stolicy, Kister poświęca zaledwie kilka stron. (Jak bardzo ubogi jest to opis, przekona się każdy, kto sięgnie po fantastyczną publikacjęWrzesień Warszawy 1939 Zofii Petersowej). Jak by tego było, mało książka pełna jest błędów merytorycznych, niekiedy bardzo poważnych – świadczy to dobitnie, że autorka spisywała swoje wspomnienia wprost z głowy, bez ich późniejszej weryfikacji. Na końcu tomu – jak gdyby dla jego wydłużenia – umieszczono elegijne teksty poświęcone Marianowi Kisterowi. Niestety, reguła, iż mowy pogrzebowe nie sprawdzają się jako pełnokrwiste, szczere i interesujące wspomnienia, dowodzi swej prawdziwości także i tym razem. W rezultacie Pegazy na Kredytowej to książka bardzo przeciętna i mimo swojej niewielkiej długości raczej niewarta lektury.
Specjalista od książek biograficznych (vide: Tuwim. Wylękniony bluźnierca i Broniewski. Miłość, wódka, polityka) jedną ze swych pierwszych prac poświęcił legendarnej postaci warszawskiej bohemy lat 50. Na tom składają się wypowiedzi kilkudziesięciu osób, które znały literata osobiście. Niestety, Tyrmand, który wyłania się z tych opowieści, jest równie niejednoznaczny, co w prawdziwym życiu. Każda z osób ma nieco inną optykę, przez co – oprócz kilku powtarzających się historii – trudno jest wyciągnąć z nich wspólną treść. Razi również zupełne zbycie milczeniem niezbyt chlubnej młodości Tyrmanda, a także jego losów na obczyźnie. Ogólnie zresztą rzecz biorąc, książka w swej kompozycji jest zachowawcza, by nie powiedzieć – leniwa. O wiele lepiej prezentowałaby się ona, gdyby podziału na poszczególnych rozmówców zaproponować układ chronologiczny, stanowiący patchwork różnych wypowiedzi, jak w fenomenalnej książce Zagrani na śmierć Tomasza Lady. Mimo wszystko Zły Tyrmand nie jest – nomen omen – zły i świetnie sprawdzi się jako wprowadzenie do biografii tytułowego bohatera. Szkoda jedynie, iż ten ostatni po lekturze wciąż przypomina Kota z Cheshire – widać jego uśmiech, ale osobowość rozwiana jest niczym dym.
Czytanie poetów nie jest dziś w modzie. I choć być może nigdy nie było, to obecnie liryka kojarzy się niemal wyłącznie ze szkołą, w której dociekania „co poeta miał na myśli?” zastępują znacznie bardziej zasadne pytanie „co poeta chce powiedzieć mnie?”. Nic zatem dziwnego, że – jak zauważała Wisława Szymborska – tylko niektórzy lubią poezję.
Kolejna – po pracy Marcina Zaborskiego Lato ’39. Jeszcze żyjemy – publikacja poświęcona ostatnim wakacjom przed wybuchem II wojny światowej. Niestety, oprócz tematu, dzieli ona również większość problemów poprzednio już omawianego wydawnictwa. Lisiecka traktuje tytuł swojej książki bardzo umownie, przez co praca dotyczy właściwie całego dwudziestolecia międzywojennego, ostatnie lato przed wojną jest zaś na ogół jedynie małym fragmentem większej narracji.
Znana opozycyjna dziennikarka opisuje życie Rosjan, głównie tych zamieszkujących prowincję. Jak możemy się domyślić nie otwierając nawet okładki, egzystencja bohaterów jej reportaży jest smutna, pozbawiona nadziei i na ogół przedwcześnie dobiega końca.
Kolejna z serii książek wydawanych przez PIW opowiadających o codzienności w dawnych czasach. Tym razem autor – znakomity mediewista Ryszard Kiersnowski – zabiera czytelnika na średniowieczny Dolny Śląsk. Okazuje się, iż dzieje tych ziem w rzeczonych czasach, pełne wojenek między książętami, fanatycznie religijnych świętych i katastrof naturalnych, są bardziej fascynująca, niż mogłoby się na pierwszy rzut wydawać.
Pomysł na tę publikację – próba sportretowania nastrojów panujących na kilka tygodni przed wybuchem drugiej wojny światowej – był w swych założeniach bardzo interesujący, przede wszystkim dlatego, że dawał nadzieje na uzupełnienie istotnej luki w literaturze popularnohistorycznej. Niestety jego realizacja pozostawia wiele do życzenia.
Urodzony w roku 1861 Baliński – dawny sędzia Sądu Najwyższego i senator – spisał swe wspomnienia o Warszawie, a zwłaszcza o rewolucyjnych zmianach, jakie miasto przechodziło w ciągu kilku dekad na przełomie XIX i XX. Autor wspomina ludzi, miejsca i zdarzenia, które charakteryzowały stolicę w tamtym okresie: zabiera czytelnika do lokali gastronomicznych, pokazuje, jak spędzało się święta, w jakich warunkach mieszkała młodzież uniwersytecka czy z jakimi trudnościami wiązało się podróżowanie.
Jacek Szczerba rozmawia z najciekawszymi aktorami scen polskich teatrów, by przekonać się, czy artyści mają poczucie humoru także w życiu prywatnym, a jeżeli tak – to na czym ono polega. Kilkanaście rozmów – co warto dodać: z ludźmi każdych zapatrywań światopoglądowych – daje różne, ale najczęściej niezwykle interesujące odpowiedzi. Okazuje się, że osoby, które kojarzymy z ról komediowych, tak naprawdę cechuje śmiertelna powaga.