Najpierw kilka stopni do góry, potem zakręt w lewo, kolejna klatka schodowa, dwa piętra w dół, wąski, ciemny korytarz, w którym siedzą realizatorzy. Wreszcie widownia i scena, choć użycie spójnika „i” jest tutaj nie na miejscu – obie dzieli co najwyżej pół metra nagiej, betonowej podłogi. Czy w ogóle jesteśmy jeszcze w teatrze?
Gdyby chcieć oddać samą tylko fabułę Konstelacji jednym zdaniem, najprościej byłoby sięgnąć do wiersza otwierającego tom Srebrne i czarne Jana Lechonia: „Pytasz, co w moim życiu z wszystkich rzeczą główną / Powiem ci: śmierć i miłość – obydwie zarówno”. W rzeczy samej bowiem dramat Nicka Payne’a to prosta historia o dwójce ludzi, którzy poznają się, wiążą ze sobą, aż wreszcie przychodzi nieunikniony koniec.
Stowarzyszenie Umarłych Poetów łatwo sprowadzić do apologii nastoletniej wolności i prawa do samostanowienia. Całe szczęście w rękach Piotra Ratajczaka tekst zadaje znacznie głębsze pytania, na które odpowiedzi wcale nie są oczywiste. Dzięki temu przesłanie sztuki jest staje się tyleż subtelne, co niepokojące.
Recenzja powstała we współpracy z Teatrem Polonia, który dostarczył zaproszenie na spektakl. Współpraca nie ma wpływu na ostateczny kształt recenzji.
Wydawać by się mogło, że temat podejmowany w Stowarzyszeniu Umarłych Poetów został już zupełnie wyczerpany – najpierw przez słynny film Petera Weira, a następnie przez powstałą na bazie tej produkcji książkę autorstwa Nancy Kleinbaum.
Jeden wieczór, dwóch mężczyzn, prosta sytuacja dramatyczna. Jak z tych składników przygotować znakomitą sztukę? Wystarczy umiejętnie zagrać psychologią postaci – ledwie skrywanym resentymentem, zaniżoną samooceną, poczuciem upływającego czasu. Wydaje się proste, ale – zaręczam – wcale takie nie jest.
Recenzja powstała we współpracy z Teatrem Polonia, który dostarczył zaproszenie na spektakl. Współpraca nie ma wpływu na ostateczny kształt recenzji.
Architekt Bernard (Wojciech Malajkat), nie może uznać kończącego się właśnie dnia za nieudany. Akurat dziś wypadają jego pięćdziesiąte urodziny. Z tej okazji jego żona organizuje przyjęcie–niespodziankę, o którym – jak to zwykle w takich przypadkach bywa – mężczyzna dobrze wie.
Wspólnota mieszkaniowa to swoisty mikrokosmos, stanowiący konglomerat trudnej przeszłości, skrzywionych charakterów i powszechnie znanych przywar. Jest to zarazem lustro, w którym odbija się świat tak dobrze znany widzowi. Fakt, że autorem sztuki jest Czech pokazuje zaś dobitnie, że ponadnarodowo podzielać można nie tylko zalety, ale i wady..
Recenzja powstała we współpracy z Och-Teatrem, który dostarczył zaproszenie na spektakl. Współpraca nie ma wpływu na ostateczny kształt recenzji.
Podobno z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach. A jak wypada się z sąsiadami, z którymi na ogół nie łączy nas nic, prócz miejsca zamieszkania? Jiří Havelka, autor Wspólnoty mieszkaniowej, udziela na to pytanie odpowiedzi jednoznacznej, choć pesymistycznej – fatalnie.
Marek Modzelewski ma niezwykły dar tkania fascynujących opowieści z dobrze znanych motywów, które w rękach kogoś innego zmieniłyby się w kabaretowy skecz. Nie inaczej jest ze Wstydem: stylistyka weselna zaprasza do przaśności i tylko talent autora (a także reżysera) pozwalają wydobyć z tego dobrze znanego motywu głębszą analizę socjologiczną.
Rosół, schabowy, ciasta, koreczki, a także – jakżeby inaczej – dużo wódki. Orkiestra właśnie się stroi, obsługa nerwowo biega między stołami, a goście lada chwila zaczną zjeżdżać się z kościoła. Typowe wesele? Otóż nie tym razem. Okazuje się bowiem, że – jak w powieści Heleny Mniszkówny, tylko à rebours – pan młody w ostatniej chwili uciekł sprzed ołtarza. Jak teraz wyjść na środek i oznajmić: „Nie ma wesela. Wszyscy do domu”? Co ludzie powiedzą, co powie ksiądz dobrodziej, jak przeżyć to upokorzenie?
Przy odrobinie chociaż większej finezji dramat Inteligenci stanowiłby interesujący głos na temat konsekwencji podziałów i sporów dręczących polskie społeczeństwo. Niestety, napisana – a co gorsza grana – jak zwyczajna farsa sztuka wpada w ton wręcz kabaretowy. Nic dziwnego, że przesłanie, które ma z niej płynąć, wypada równie prostacko i nieprzekonująco, co reszta jej treści.
Niewielu jest w naszym kraju autorów tak bezkompromisowo karykaturujących klasę średnią jak Marek Modzelewski. Swych ponadprzeciętnych zdolności w tym względzie najdobitniej dowiódł on we Wstydzie – fenomenalnym dramacie, zderzającym postawy dwóch całkowicie odmiennych par: kabotyńskich prowincjuszy i miejskich dorobkiewiczów. W Inteligentach fundamentalne pęknięcie, stanowiące zarzewie konfliktu, przebiega w innym miejscu – a de facto w wielu punktach jednocześnie, dotyczy bowiem szeroko pojętych przekonań: politycznych, religijnych i obyczajowych.