Bezimiennym Miastem wstrząsa fala morderstw. W pościg za sprawcą ruszają policyjny weteran, Somerset (Morgan Freeman) oraz nowicjusz, Mills (Brad Pitt). Okazuje się, że zbrodnie nie są przypadkowe, a stojąca za nimi potworna myśl o krok wyprzedza działania stróżów prawa. Już ten krótki opis powinien wskazywać, że największym atutem Siedem jest fenomenalny, świetnie pomyślany scenariusz. I tak w istocie jest, czego najlepiej dowodzi coda – w mojej ocenie jedno z najlepszych zakończeń w historii kina. A jednak składowych, które sprawiają, iż film Finchera to jedna z moich ulubionych produkcji wszech czasów, jest znacznie więcej. Najistotniejsza z nich to przytłaczający, niezwykle sugestywny klimat: mroczne ulice, deszcz, miejsca zbrodni i szara codzienność tworzą materię, z której utkany jest ten brudny, zwichnięty u podstaw świat, wyraźnie nawiązujący do starszej o cztery dekady stylistyki noir. Freeman i Pitt tworzą tu znakomity duet, perfekcyjnie pomyślany, a zarazem skontrastowany na wielu poziomach: nie tylko wieku i doświadczenia, ale także zaangażowania w śledztwo, wiary w sukces, metod operacyjnych, a nawet znajomości kultury. Wszystkie te atuty sprawiają, że Siedem to jeden z tych filmów, które się nie starzeją i które można oglądać wielokrotnie z tą samą niegasnącą satysfakcją. I tylko żałować należy, że to ostatni jak do tej pory naprawdę wybitny film Finchera, który od trzech dekad coraz bardziej obniża loty. Co by jednak nie mówić, Siedem wystawia mu najbardziej pochlebne świadectwo, jakie można sobie pomyśleć.
David Fincher – Siedem
Reżyseria: David Fincher
Gatunek: kryminał
Kraj produkcji: USA
Rok: 1995
Opublikowano wW kilku zdaniach