O tym, że Jerzy Hoffman jest jednym z największych powojennych polskich reżyserów, nie trzeba nikogo przekonywać. Wystarczy obejrzeć takie dzieła z jego dorobku jak przełomowy dokument Uwaga, chuligani, western osadzony na tzw. ziemiach odzyskanych, czyli Prawo i pięść albo wielkie widowiska historyczne stworzone na podstawie Sienkiewiczowskiej prozy – Pana Wołodyjowskiego, Potop oraz Ogniem i mieczem. Tym bardziej zatem trudno uwierzyć, że spod ręki Hoffmana mogła wyjść produkcja tak koszmarna jak 1920. Bitwa Warszawska, słusznie uważana za jeden z najgorszych filmów ostatnich lat. Najwyraźniej twórczy instynkt nie jest dany raz na zawsze, omawiany dziś film to zaś najlepszy przykład tego, co się dzieje, kiedy artysta nie dostrzega, iż bezpowrotnie go stracił.
Aby zobaczyć porażkę filmu 1920. Bitwa Warszawska najlepiej zestawić ją ze wspomnianą pierwszą – a w chronologii Hoffmana ostatnią – częścią trylogii Sienkiewicza. Najbardziej rzucającym się w oczy przewinieniem jest powierzenie głównych ról aktorom, którzy zupełnie nie są w stanie ich udźwignąć. Duet Izabeli Scorupco i Michała Żebrowskiego oceniano niekiedy surowo, ale w porównaniu z parą Natasza Urbańska / Borys Szyc zasługują oni co najmniej na Oscara i dwa Srebrne Niedźwiedzie. O ile męski protagonista Bitwy Warszawskiej 1920 próbuje jeszcze wykrzesać ze swej postaci głębię, o tyle grająca jedną miną Urbańska zupełnie nie jest w stanie przekonać widza, że posiada minimalne życie psychiczne. Doprawdy, trudno pojąć, jak ktokolwiek po obejrzeniu zdjęć próbnych zaoferował jej główną rolę w tak ambitnej w założeniach produkcji! Sceny z Urbańską przypominają niezbyt udane rejestracje poczynań studentów pierwszych lat szkoły aktorskiej, a niektóre z nich są odegrane tak nieudolnie, że zmuszają do odwrócenia wzroku od ekranu. I nie chodzi tu wyłącznie o słynny fragment – słusznie nagrodzony Wężem – w którym główna bohaterka strzela z karabinu maszynowego, ale o dosłownie każdą scenę, wymagającą czegoś więcej niż wymachiwania nogami w tańcu.
Blado wypadają również inne postaci, grane przez skądinąd świetnych aktorów. Olbrychski, Linda, Głowacki – nikt nie potrafi rozwinąć tu skrzydeł. Trudno jednak ich za to winić, dostali bowiem do grania tekst tak drętwy, że miejscami brzmiący jak parodia scenariusza filmu historycznego. Doprawdy, trzeba wyobraźni największego abstrakcjonisty, by uznać, że dumne frazy, przywołujące z pamięci najgorsze fragmenty szkolnych akademii z okazji Dnia Niepodległości, mogłyby zostać przez kogokolwiek zinterpretowane w taki sposób, by nie budzić uczucia zażenowania. Milczeniem należy również zbyć schemat scenopisu, będący wierną kopią Ogniem i mieczem, w której na przeszkodzie miłości dwojga młodych ludzi staje wojna. Jako że jednak ojczyzna wzywa, on musi ją zostawić, tęskni na bitewnych polach, aż wreszcie nadchodzi szczęśliwe zakończenie – ocalona miłość i zbawiony kraj. Gdyby jeszcze w tym wszystkim był jakiś bohater zbiorowy: gdyby Hoffmanowi nie zadrżała ręka przed pokazaniem bardziej ludzkiej strony bolszewizmu (jak uczynił to w przypadku Chmielnickiego i jego powstania), gdyby skaził bohatera granego przez Szyca brutalnością czy zaborczością (co fenomenalnie wyszło mu ze Skrzetuskim)… Niestety, tym razem filmowa opowieść szeleści papierem tak głośno, że nie mogą tego zagłuszyć nawet donośne artyleryjskie wybuchy.
O pomstę do nieba woła także sama narracja, która do końca rujnuje i tak nieciekawą, pretekstową fabułę. Trudno ocenić, czy to kwestia zamknięcia filmu w dwóch godzinach, ale tempo akcji zamienia się w pewnym momencie w niekontrolowany chaos. Hoffman oferuje widzowi sałatkę scen, które w żaden spójny sposób nie wynikają z siebie: przed obiektywem kamery przesuwają się kolejni bohaterowie, deklamując nic niewnoszące dialogi, a także kadry ułożone bez żadnej myśli przewodniej. Owszem, jako patriotyczna pocztówka 1920. Bitwa Warszawska sprawdza się nieźle, ale co najwyżej przez pierwsze dziesięć minut.
Słowo o zdjęciach. Widząc nazwisko Sławomira Idziaka, można było mieć nadzieję na dynamiczne, budujące klimat kadry, znane chociażby z fenomenalnego Helikoptera w ogniu. I choć trudno mówić w tym wypadku o fuszerce, to zarazem z poszczególnych ujęć bije oszczędność i rozpaczliwa próba ukrycia niedoróbek. Na przykład scena pojedynku na szable przypomina słynne walki z polskiej wersji Wiedźmina, w których celem było nie tyle dynamiczne oddanie akcji, ile zatuszowanie, że przeciwnik to gumowy, słabo wykonany „efekt specjalny”. Kamera trzęsie się, biega, skacze, by nagle – jak gdyby nigdy nic – przejść jednym cięciem do statycznego pleneru. Nie inaczej jest w przypadku inscenizacji bitew, które wyglądają jak mało profesjonalne starcia grup rekonstrukcyjnych, amatorsko sfilmowane przez jednego z uczestników, który akurat dysponował kamerą. Razi także złe zastosowanie filtrów, które postanowiono wykorzystać zerojedynkowo: albo wszystko skąpane jest w wizualnej żółtaczce, albo pokaleczone wszystkimi odcieniami niebieskiego. Efektowi końcowemu najbliżej bodaj do psującego się telewizora.
Najpoważniejszy zarzut zostawiłem jednak na koniec: chodzi mianowicie o całkowitą inscenizacyjną niewiarygodność. Ani przez chwilę widzowi nie towarzyszy wrażenie, że ogląda on autentyczne wydarzenia historyczne, nie zaś trącającą plastikiem, niskobudżetową inscenizację Teatru Telewizji, choć porównanie to jest krzywdzące dla tej instytucji. (Wystarczy obejrzeć fenomenalne Paradiso, by przekonać się, jak udanie można oddać klimat przedwojennych klubów stolicy.) 1920. Bitwa Warszawska nie ma nawet krztyny autentyczności, subtelności i mocy przekonywania. Wykreowana w filmie Warszawa jest czysta, wojna sterylna, ubrania dopiero co zdjęte z wieszaka, a twarze – zupełnie nieprzystające do fizjonomii znanych ze starych zdjęć. O takich błędach jak telewizyjne anteny obwiązane szmatami nie ma nawet co wspominać – do końca niszczą one realizm świata przedstawionego.
Bitwa Warszawska to film zły. Fakt ten boli przede wszystkim dlatego, że dotyczy ostatniego jak dotąd (a być może i w ogóle) filmu znakomitego skądinąd reżysera. Jeżeli istotnie jest to pożegnanie Hoffmana z kinem, to wypadło ono podobnie do stylu, w jakim swą karierę zakończył Jerzy Gruza. Jest jednak inny jeszcze, bardziej dalekosiężny aspekt tej porażki. Tak wielkie wydarzenie jak wojna polsko-bolszewicka zasługuje wszak na ambitny film, który mógłby przyciągnąć do kin szeroką widownię i kompetentnie opowiedzieć o tym konflikcie zbrojnym. Niestety, 1920. Bitwa Warszawska nie zbliża się nawet do osiągnięcia tego celu. I nie wiadomo, kto okazuje się większym przegranym: twórcy, widzowie, czy może kino per se.