Menu Zamknij

Kinga Dębska, Zupa nic. Film nic.

Zupa nic

Jako że od upadku PRL mijają kolejne lata, nie może dziwić, iż rodzimi filmowcy z rozrzewnieniem spoglądają w przeszłość i coraz większą liczbę produkcji osadzają w epoce słusznie już minionej. Niestety, efekt końcowy rzadko kiedy jest interesujący, najpewniej dlatego, że przy wykorzystaniu typowego budżetu polskiej produkcji można co najwyżej zbudować skansen, a nie pełnoprawny, tętniący życiem świat z przeszłości. Ale inscenizacyjna nieudolność to najmniejszy – bo niezaskakujący – problem Zupy nic. W istocie film ponosi porażkę pod tak wieloma względami, że spod grubej warstwy wad trudno wydobyć jakiekolwiek zalety.

Opowiedzenie fabuły produkcji Dębskiej to zadanie doprawdy heroiczne. Na obraz składają się bowiem scenki upchnięte bez ładu i składu w formę, z której tylko przy dużej dawce dobrej woli wyodrębnić można coś zbliżonego do narracji. Oto śledzimy losy warszawskiej rodziny. Ojciec (Adam Woronowicz) to architekt w Biurze Rozbudowy Stolicy, matka (Kinga Preis) pracuje w szpitalu. Losy tej pary, a także dwójki ich dzieci i babki składają się na typowe – przynajmniej zdaniem Dębskiej – obrazki z PRL. A to rodzina na przyjęciu prawie da sobie po mordzie, by potem się pogodzić, a to trzeba stanąć w kolejce za meblami, a to pojawia się konflikt pomiędzy partyjnymi, Solidarnością i ZOMO… I może to wszystko dałoby się jeszcze zamknąć w spójny film, gdyby nie dwie nadrzędne wady. Ta większa to całkowity narracyjny chaos. Wątki pojawiają się, by po chwili zniknąć i więcej się nie pojawić. Jedna z córek ma problemy w szkole? No cóż, od połowy filmu już o tym zapominamy. Ojciec spotyka na mieście dawną miłość? Nie szkodzi, więcej jej nie zobaczy. Rodzina kłóci się o odziedziczone mieszkanie? Temat więcej nie wypłynie ani nie będzie miał żadnego wpływu na dalsze wydarzenia. Grana przez Kingę Preis bohaterka wydaje się flirtować z sąsiadem? A niech sobie flirtuje, bo nic z tego nie wynika. Śmiem zaryzykować twierdzenie, że Zupa nic nie jest filmem – to kolaż różnych elementów, rozgrywających się o różnych porach roku, oddanych z różnym kolorytem uczuciowym, ale jednocześnie do niczego nieprowadzący i o niczym nieopowiadający. Jestem przekonany, że gdyby student filmówki oddał taki film na dyplom, zostałby w trybie natychmiastowym wywalony z uczelni. Mówiąc najkrócej i najdosadniej: Dębska nakręciła produkcję o niczym, przy czym nie chodzi mi – jak zazwyczaj przy tego typu stwierdzeniu – o miałkość tematu, ale o podstawowe wady strukturalne, takie jak brak wstępu i zakończenia, nieobecność jakiegokolwiek rozwoju postaci, a nawet nieistniejącą dramaturgię. To przecież szkolne błędy scenopisarstwa i reżyserii.

Na tym tle druga ze wspomnianych wad wydaje się mniej ważna, za to bardziej irytująca. Otóż Dębska z całą powagą tworzy rzeczony we wstępie skansen. Wbrew jej wysiłkom, nie stanowi on naturalnego środowiska dla rozgrywających się wydarzeń, zbyt donośnie bowiem i zbyt wprost krzyczy odniesieniami do tego, co reżyserce skojarzyło się akurat z minionym ustrojem. Jeżeli na przestrzeni paru scen upchnie się mówienie o prywatkach, odniesienie do wczasów w demoludach, paczki przysyłane z Ameryki i nawiązania do polityki, to trudno nie odnieść wrażenia, że świat przedstawiony to wyłącznie pusta scenografia, stworzona na siłę w celu puszczania oka i powtarzania: „A znacie to? Jak znacie, to posłuchajcie”. Niestety, subtelności w tym tyle, że brakuje tylko sobowtóra Jaruzelskiego, który przebiegałby przed kamerą z planszą „Wkrótce będzie stan wojenny”, by osiągnąć prawdziwy szczyt w wątpliwej umiejętności kreowania świata przedstawionego.

Nawet jednak i to dałbym radę zdzierżyć – w końcu niejeden przerysowany film już widziałem – gdyby nie nagromadzenie bezbrzeżnych idiotyzmów, które serwuje Dębska. Gdybym chciał je wszystkie wymienić, przeczytanie tej recenzji trwałoby dłużej niż sam film, ograniczę się zatem do kilku spektakularnych przypadków. Scenka rodzajowa. Dzieci kąpią się, po czym matka wpada do łazienki i oznajmia koniec kąpieli, bowiem w tej samej wodzie muszą się jeszcze umyć pozostali członkowie rodziny. I rzeczywiście: niekiedy wspomina się o takiej praktyce sobotnich kąpieli, będącej już całe szczęście reliktem przeszłości. Sęk w tym, że Dębska nawet przez chwilę nie zastanowiła się, dlaczego tak robiono. Otóż w wiejskich domach wodę do kąpieli brano ze studni i grzano w garnkach, na ogół na opalanych węglem kuchniach. W rezultacie podgrzewanie jej kilka razy było niezwykle czasochłonne – stąd wspomniane praktyki. Jak jednak wytłumaczyć, że owa „wspólna kąpiel” odbywa się w bloku, gdzie w kadrze na ścianie widać piecyk gazowy? Takich – nie boję się tego słowa – kretynizmów, wynikających z tego, że Dębska zupełnie nie przemyślała scenariusza, jest w tym filmie bez liku. Babcia zabijająca karpia dwa dni przed Wigilią to kuriozum samo w sobie, ale reakcja dzieci, które zachowują się, jak gdyby właśnie dowiedziały się, że ryba pływająca w wannie musi pewnego dnia zakończyć życie, to już wyższa półka głupoty. Kobieta po studiach pracująca jako kelnerka możliwa jest tylko w wyobraźni kogoś, kto nie pamięta albo nie chce się douczyć, że w PRL wyższe wykształcenie miało kilka procent osób (szacunki mówią o 6,5%), a matura pozwalała już na komfortową pracę w biurze. Reakcja rodziny, która najwyraźniej pierwszy raz pojawiła się na bazarze, każe pytać, czy Dębska wie, iż miejsca tego typu były głównym miejscem dokonywania codziennych zakupów, a także finalizowania pokątnych interesów, bez których w PRL trudno było żyć. Jak powiedziałem, powyższe głupoty można mnożyć w nieskończoność, a ich nagromadzenie sprawia, że w pewnym momencie Zupa nic zwyczajnie obraża inteligencję widza. Miała wyjść pocztówka z przeszłości, a wyszła – ale karykatura.

I gdyby jeszcze przy tych wszystkich swoich scenariuszowych nizinach, inscenizacyjnych morenach dennych i narracyjnej nieudolności produkcja była naprawdę komedią, byłbym w stanie wiele jej wybaczyć. Niestety, Dębska jest kolejną reżyserką, która dokonuje kabaretyzacji rodzimego kina w stopniu niewiele mniejszym niż koszmarne 1670. Już samo otwarcie, gdzie rodzina wraz z piłkarzami odśpiewuje hymn, ma chyba bawić widza tą substancją polskości i budować klimat tego, co swojskie i znane. Niestety, takich obrazków, które wyglądają jak przegląd memów spod tagu „PRL”, jest tu stanowczo zbyt wiele: bo meble rzucili, bo kartki zgubili, bo w kolejkach stanie i za ścianą… Ale do tego zaraz przejdę. Ja rozumiem, że polscy reżyserzy wzięli sobie do serca słowa inżyniera Mamonia z Rejsu, ale nie trzeba być geniuszem komedii, by zdać sobie sprawę, że przez to ciągłe opieranie się na prostackiej do bólu satyrze, operującej na spranych schematach, oczywistych skojarzeniach i stereotypowych poglądach film staje się całkowicie przewidywalny, przypominając opowiadany po raz dziesiąty kawał, na dodatek – ze spaloną puentą. Siermięga „humoru” osiąga w filmie Dębskiej prawdziwe Himalaje, co w połączeniu z tym, iż obraz przedstawia rodzinę wyraźnie dysfunkcyjną, pozbawia go jakiegokolwiek komizmu. Jeżeli bowiem kogokolwiek bawi zagłuszanie zwierzęcego seksu rodziców modlitwą dzieci albo scena kontroli osobistej na granicy, sugerująca – proszę wybaczyć za wywołane tym opisem skojarzenia – skrupulatne badanie dokonane per rectum,  temu należy chyba jednak współczuć, a nie zazdrościć poczucia humoru.

Zupa nic to film, który od pierwszej sceny – owego nieszczęsnego Mazurka Dąbrowskiego zawodzonego unisono z Unitrą – wywołuje najpierw irytację, a od połowy szczerą wściekłość. Każdy inteligentny widz poczuje się bowiem opluty produkcją, która jest nie tylko popisem scenariuszowej i reżyserskiej niekompetencji, ale przede wszystkim brakiem jakiejkolwiek subtelności oraz intelektualną niemocą. Tych, którzy lubią czasy PRL, nieodmiennie odsyłam do produkcji z epoki. Chcącym poprawić sobie nastrój, należy raczej zasugerować obejrzenie Mazurskiej Nocy Kabaretowej, bo humor tam prezentowany osiąga zdecydowanie wyższe rejestry. Jeżeli zaś ktoś uprze się na film Dębskiej, to niech pamięta o fantastycznych słowach Janusza Gajosa z legendarnych Nart Ojca Świętego w reżyserii Krzysztofa Cieplaka: „Gorzej nie ma”.

Reżyseria: Kinga Dębska
Gatunek: komedia
Kraj produkcji: Polska
Rok: 2021
1
Okropny
Opublikowano wEseje i analizy

Może Cię także zainteresować

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *