Menu Zamknij

Matt Bettinelli-Olpin, Tyler Gillett, Krzyk. Jęk (zawodu)

Krzyk

Oryginalna tetralogia Krzyk autorstwa Wesa Cravena była bezkompromisowym i cokolwiek złośliwym komentarzem na temat kina grozy. Mimo wszystko reżyser nie udawał, iż dokonuje głębokiej, antropologicznej wręcz rekonstrukcji gatunku. Ambicje Matta Bettinelli-Olpiniego i Tylera Gilletta idą znacznie dalej – ich meta-komentarz przenicowuje obiekt krytyki na wylot. Niestety, mimo tego film nie bawi, ani nie mówi nic mądrego.

Wydawałoby się, że nie ma nic prostszego, niż nakręcić nową część serii Krzyk. Wystarczy odważnie zaczerpnąć z przebogatego katalogu klisz, którymi posługują się dzisiejsze filmy grozy, a następnie oddać je kreską zjadliwego karykaturzysty i przyprawić szczyptą samoświadomości. Na takiej zasadzie opierały się wszak poprzednie cztery części, nakręcone przez Wesa Cravena, z których każda okazała się mniejszym lub większym sukcesem artystycznym. Współczesne Hollywood po raz kolejny jednak dowodzi, że nie rozumie, na czym polega gra konwencją, metakomentarz czy pastisz. A nawet jeżeli rozumie, to zupełnie nie potrafi iść w ślady starych mistrzów, dla których kino to przede wszystkim inteligentna zabawa, nie zaś nośnik pompatycznych banałów dla wiecznych trzynastolatków.

Aby uniknąć niedomówień: nie mam zamiaru nikogo przekonywać, że oryginalny Krzyk był poważnym komentarzem społecznym adresowanym do ambitnego widza. Wprost przeciwnie: zmęczony typową konwencją horroru Craven – autor między innymi fenomenalnego Koszmaru z ulicy Wiązów – uznał, że po epoce Jasona Voorheesa, Freddy’ego Krugera i Michaela Myersa nie pozostało nic innego, jak wszystkie umowne skróty stylistyczne, którymi rządzi się gatunek slasherów, wywrócić na nice. W rezultacie udało mu się stworzyć film śmiejący się z wcześniejszych osiągnięć zarówno jego samego, jak i kolegów po fachu. Oryginalną tetralogię trudno posądzić o subtelność, ale na tym właśnie polegała konwencja: absurdy fabularne i przesadzone do granic możliwości postaci perfekcyjnie współgrały z elementami charakterystycznymi dla gatunku, tworząc świetnie skomponowaną całość.

Kultura dla Ciebie
Jedna wiadomość miesięcznie. Zero spamu. Recenzje, eseje, analizy. Klasyka i nowości. Bez uproszczeń, z szacunkiem dla czasu i inteligencji Czytelnika.

Tymczasem w rękach Matta Bettinelli-Olpina i Tylera Gilletta Krzyk stał się nieporadną, manieryczną karykaturą – nie kina grozy sans phrase, jak być powinno, ale samego cyklu, do którego należy. Na pierwszy rzut oka sequel (a może reboot, albo requel, jak chce jedna z postaci) wykorzystuje wszystkie dystynktywne cechy pierwowzoru: obserwujemy zatem losy kolejnego pokolenia dorastającego w Woodsboro, które musi zmierzyć się z trudną historią miasteczka, ta zaś niezmiennie wraca pod postacią mordercy w masce. Nie brakuje nawiązań do poprzednich części, a także filmowej samoświadomości, ocierającej się o łamanie czwartej ściany. (Choć tym razem owa samoświadomość przejawia się głównie w dialogach – sam sposób prowadzenia fabuły to już zupełnie inna sprawa). A jednak tej dobrze znanej konsekwencji starcza twórcom jedynie na pierwszą połowę filmu, nad którą jeszcze unosi się duch Cravena. Druga połowa natomiast to gwałtowne obniżenie lotów, postępujące wraz ze stopniowym zrzuceniem całego pastiszowego sztafażu. Nagle znikąd pojawia się ciężkostrawna warstwa fabularna z rodzinną tragedią w tle, przedstawiona zupełnie na serio i bez polotu. (Gdzież jej do opowieści o matce Sidney, która uciekła do Hollywood z Krzyku 3…).

Ironiczne komentarze pod adresem kina ustępują miejscu powielaniu tandetnych schematów, które można by potraktować jako puszczanie oka do widza, gdyby nie to, że zupełnie nic za tym nie przemawia.

Główne postaci zaczynają rzucać one-linerami w sposób całkowicie nieprzewidywalny, a co gorsza – wywołujący uśmiech zażenowania na twarzy. Nikt już nie bawi się konwencją, wszystko staje się poważne: jest mrocznie, krwawo i… Bardzo nijako.

Wtedy też spod pospiesznie i byle jak zszytej fabuły zaczynają wyłazić poważne braki. W oryginalnym Krzyku opowieść stanowiła element podporządkowany zamysłowi wyśmiania gatunku, dlatego można było niekiedy potraktować ją obcesowo, a nawet umownie. Najnowsza wersja uderza natomiast w tony realizmu, co natychmiast zwraca uwagę widza na wszelkie mankamenty skryptu, takie jak niespotykane zbiegi okoliczności (najlepszy przykład to choroba psychiczna objawiająca się dokładnie w tych momentach, w których jest potrzebna, by wnieść coś do fabuły), absurdalne decyzje podejmowane przez głównych bohaterów, wydarzenia jawnie gwałcące zasadę prawdopodobieństwa, a wreszcie nielogiczności, związane między innymi z cechami fizycznymi osoby, która okazuje się mordercą. Bettinelli-Olpin i Gillett zupełnie nie potrafią opanować tego nowego, zdecydowanie bardziej wymagającego kierunku. W rezultacie, kiedy dochodzi do ostatecznej konfrontacji, widz zasłania oczy: nie z powodu bryzgającej posoki, ale po to, żeby nie widzieć tych wszystkich idiotyzmów, które – upichcone w sosie powagi i sztucznie kreowanego mroku – stają się niemożliwe do przełknięcia. Doprawdy, nie mam pojęcia, czemu miała służyć ta stylistyczna wolta. Miejscami można odnieść wrażenie, że duet reżyserski, odpowiedzialny za najnowszy Krzyk, postawił sobie za cel opakowanie filuternej samokrytyki w poważne przesłanie, które najwyraźniej stanowi niezbędną składową współczesnego kina. Niestety, w ten sposób film stał się tym wszystkim, co oryginalna tetralogia tak zręcznie wyśmiewała.

Dlaczego tak się stało? Jedyna odpowiedź, jaka przychodzi mi do głowy, brzmi, że twórcy nie odpowiedzieli sobie na podstawowe pytanie: czy chcą iść ścieżką wytyczoną przez poprzednie odsłony, czy raczej dać dojść do głosu swoim własnym pomysłom, wyraźnie inspirowanym nowoczesnymi rozwiązaniami. Ostatecznie wybrali opcję środka, nie dostarczając ani tego, co było siłą oryginału, ani nie zmierzając konsekwentnie własną drogą. W efekcie produkcja zawodzi nie tylko jako część cyklu Krzyk, ale także brana niezależnie od dziedzictwa serii. Jest to po prostu niezbyt mądry film grozy, który usilnie próbuje cały czas porozumiewawczo mrugać i szeptać: „Bo wiecie…”. Wiemy, ale nie damy się nabrać – bezustanne powtarzanie, że jest się częścią komentowanego zjawiska to jeszcze nie parodia, a z pewnością nie dobra parodia. W tym wszystkim szkoda tylko Cravena – zdecydowanie zasłużył sobie na o wiele lepszy hołd.

Reżyseria: Matt Bettinelli-Olpin, Tyler Gillett
Gatunek: horror
Kraj produkcji: USA
Rok: 2022
3
Zły
Opublikowano wEseje i analizy

Może Cię także zainteresować

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *