W cyklu „Kwadrans, nie dłużej” zbieram wrażenia z filmów obejrzanych częściowo, które w ciągu kwadransa (lub pierwszych 20%) nie zachęciły mnie do dalszego seansu. Ocenianie jakiegokolwiek dzieła sztuki po cząstkowym zapoznaniu się z nim jest kontrowersyjne. Mimo to jest kilka powodów, by przyjąć takie podejście:
- Czas na oglądanie filmów jest ograniczony. Uważny kontakt z dziełem filmowym zakłada komfortowe warunki, trudne do osiągnięcia w codziennym życiu. Ktoś, kto kino traktuje poważnie i poświęca mu swoją uwagę, ma prawo oczekiwać, że film z nie mniejszą powagą potraktuje czas widza.
- Nie trzeba pić całego oceanu, żeby wiedzieć, że jest słony. Te słowa filozofa Williama Jamesa perfekcyjnie oddają moje podejście do sztuki filmowej. Widz – zwłaszcza doświadczony – jest w stanie od pierwszych minut dostrzec aspekty dla filmu dyskwalifikujące: chybione wybory artystyczne, fundamentalnie błędną aksjologię, niewystarczającą głębię intelektualną czy nieudaną narrację.
- Moje uwagi nie pretendują do miana recenzji. Ta ostatnia zakłada znajomość całości dzieła. Moje notatki to zaledwie zapis wrażeń, a zwłaszcza diagnoza problemów, które z dużą dozą prawdopodobieństwa ważą na ocenie całej produkcji. Stąd brak ocen punktowych.
- Jestem gotowy wycofać się ze swych słów pod wpływem argumentów. Choć zapoznaję się z wielością perspektyw i staram się je uwzględniać w notatkach, dopuszczam możliwość, że moje pierwotne wrażenia są błędne. Dlatego jestem otwarty na dialog i weryfikację pierwotnej oceny.
- Ocena całości na podstawie fragmentu to typowa praktyka. Na koniec smutna prawda: przyjęcie lub odrzucenie scenariusza filmowego, ale także książki, a nawet artykułu naukowego na ogół odbywa się na podstawie streszczenia lub pierwszego rozdziału. Co więcej, producenci filmowi często podejmują decyzję na podstawie jednego zdania!
Mówiąc najkrócej: skoro w tak wielu branżach nie traci się czasu na ocenę całości, dysponuje się bowiem warsztatem, który pozwala dostrzec dyskwalifikujące błędy w początkowych scenach czy akapitach, nie widzę powodów, dla którego widz nie miałby stosować podobnej praktyki i nie zwerbalizować swoich pierwszych wrażeń. W jakim celu? Choćby po to, by spotkać się ze zrozumieniem tych, którzy kierują się podobną aksjologią filmową. Taki jest zresztą cel tego cyklu, który ma być przede wszystkim zaproszeniem do dyskusji, a nie jej zamknięciem.
Aby zachować porządek dyskusji, w każdej części cyklu zbieram filmy, które miały polską premierę tego samego roku. W tym odcinku zajmuję się filmami, które zagościły w polskich kinach lub serwisach streamingowych w roku 2025.
Zach Lipovsky, Adam B. Stein – Oszukać przeznaczenie: Więzy krwi

Jakiś czas temu miałem okazję po raz kolejny obejrzeć pierwsze Oszukać przeznaczenie. Wnioski? Cóż, nie był to może film najmądrzejszy, ale przy całej swojej naiwności i niedających się ukryć wadach, cechował się na tyle dużą samoświadomością, by dać widzowi dobrą rozrywkę. Nic więc dziwnego, że zapoczątkował on serię składającą się łącznie z pięciu części. I gdy wydawało się, że marka została raz na dobre pogrzebana, po czternastu latach postanowiono ją wskrzesić. Tak właśnie powstało Oszukać przeznaczenie: Więzy krwi.
Rezultat? Tragiczny. Mówiąc bez większej przesady, wszystko jest tu nie tak. Najbardziej razi koszmarne CGI. Nie tylko wygląda ono znacznie gorzej niż praktyczne efekty specjalne zastosowane w częściach kręconych na początku wieku, ale także obniża do zera temperaturę produkcji. Mówiąc wprost, widz, który na każdym kroku dostrzega, że scenografia powstała jako (słaba) animacja komputerowa, nie czuje żadnej stawki. Jak bowiem można doświadczyć minimalnej choćby grozy, kiedy nie można się pozbyć wrażenia, iż sztucznie wygenerowana postać zginęła, spadając ze sztucznie wygenerowanej wieży na sztucznie wygenerowany chodnik? Nie mniejszym problemem jest scenariusz. O głównych postaciach nie wiemy nic, dialogi między nimi brzmią zaś jak napisane przez darmową wersję przepracowanej sztucznej inteligencji. Nawet narracja przypomina słabą grę komputerową: protagonistka otrzymuje informację A, dzięki której dociera do jakiejś postaci, a następnie wykonuje zlecone zadanie i otrzymuje informację B. O przeskokach montażowych nie będę nawet wspominał, jest to bowiem li tylko dalsza konsekwencja nieudolności w prowadzeniu opowieści.
Oszukać przeznaczenie: Więzy krwi to film nie tylko zły, który – jeżeli utrzymałby obrany na początku kurs do końca – musiałby otrzymać najniższą możliwą ocenę. To także produkcja, która boleśnie pokazuje, co zmieniło się w kinematografii przez ostatnie ćwierć wieku. Niegdyś filmy klasy B dowodziły swej gatunkowej samoświadomości za pomocą groteskowej wręcz brutalności i wymagając daleko idącego zawieszenia niewiary. Dzisiaj owa samoświadomość przejawia się przede wszystkim w realizacyjnym lenistwie, narracyjnym bałaganie i możliwie częstym chodzeniu na skróty. Nie wróży to najlepiej już zapowiedzianej kolejnej części. Doprawdy, lepiej by się stało, żeby seria trafiła wreszcie pod kosę i więcej się nie kompromitowała.
Zach Lipovsky, Adam B. Stein – Oszukać przeznaczenie: Więzy krwi (2025). Czas oglądania: 30 minut.
John Crowley – Sztuka pięknego życia

Melodramaty dzielą się na takie, które mają coś mądrego do powiedzenia (vide: Tajemnica Brokeback Mountain) i takie, które służą wyłącznie lub głównie jako tanie wyciskacze łez. Sztuka pięknego życia usilnie próbuje należeć do pierwszej z tych kategorii, ląduje jednak ostatecznie w drugiej. Kamera śledzi losy relacji Tobiasa i Almut, która nieuchronnie zmierza do tragicznego końca, znaczonego chorobą głównej bohaterki. Ten do bólu zgrany schemat John Crowley stara się ratować nieliniową fabułą, przeskakującą między wydarzeniami rozgrywającymi się łącznie na przestrzeni dekady. Niestety, nie wystarczy to, by tchnąć życie w film cierpiący na banalne rozwiązania i pretekstową fabułę. Owszem, wykorzystanie motywu dobrze znanego z greckiej tragedii – śledzenie fatum, którego końcowego wyniku widz spodziewa się od pierwszych scen – nadal działa na poziomie narracyjnym, ale całość jest tak wtórna, że nie budzi już większych emocji.
I gdyby jeszcze za toposem utraconej miłości stały naprawdę ciekawe rozwiązania formalne, jak w przypadku znakomitej sztuki Konstelacje autorstwa Nicka Payne’a, który całość ujął w Marvelowski wręcz motyw wieloświata, Sztuka pięknego życia z pewnością by się broniła. Niestety, Crowley nie jest takim ryzykantem. Jedyne, na co go stać, to wycięcie kartonowych postaci (spontaniczna choleryczka kontra cokolwiek biurokratyczny sztywniak) i wpuszczenia ich w scenografię celem dostarczania wysoko stężonej dawki wzruszeń. Kiedy widz po dwudziestej minucie i czwartym ziewnięciu zda sobie sprawę, że nie czeka go już nic oryginalnego, pozostaje tylko przewinięcie reszty, wzruszenie ramionami i konstatacja, że produkcja Crowleya nie jest mimo wszystko warta naszego czasu.
John Crowley – Sztuka pięknego życia (2024). Czas oglądania: 22 minuty.
Mariusz Kuczewski – Dalej jazda!

Starsze małżeństwo – Elżbieta i Józef – zmagają się z postępującą chorobą kobiety. W obliczu nieuchronnego końca, postanawiają oni wyruszyć w sentymentalną podróż przez kraj. Już ten dwuzdaniowy opis ujawnia, że film Kuczewskiego będzie słodko-gorzką opowieścią, która częściej będzie wzruszać niż bawić, jeżeli zaś już błyśnie humorem, to da on raczej ciepły uśmiech, a nie wybuch wesołości. W zamyśle tym nie ma nic złego, zwłaszcza, że jest to sznyt typowy dla kina z seniorami w roli głównej, czego dowodzi między innymi dobrze zrealizowana, a przede wszystkim zadziorna Piąta pora roku Jerzego Domaradzkiego. Jednak nawet na tym niezbyt wymagającym tle Dalej jazda! wypada nadzwyczaj słabo. Brakuje dobrych dialogów, charakterystycznego kolorytu podwarszawskiej prowincji i sympatycznych postaci zbudowanych z krwi i kości. Na dodatek Kuczewski zrealizował film, który nie tylko został napisany, ale także i nakręcony bardzo przeciętnie: scenografia, kadry, muzyka, narracja – każda z tych składowych przypomina bardziej M jak miłość niż pełnoprawną realizację reżyserskiej wizji. Wszystko jest tu zachowawcze, odmierzone według dobrze znanych proporcji i niczym nie zaskakuje.
Czy takim filmem można się wzruszyć? Być może – o ile sama świadomość przemijania wystarcza jeszcze za dramaturgię. To jednak, co próbuje opowiedzieć Dalej jazda! fenomenalnie nakręcił już Jan Rybkowski w pochodzącym z roku 1967 filmie Bardzo starzy oboje. Ostatnia z tych produkcji – oparta na opowiadaniu Kazimierza Brandysa – trwa zaledwie 24 minuty, a kondensuje wszystkie uczucia żalu, sentymentu i ciepłej nostalgii, które Kuczewski oddaje mniej umiejętnie, mając do dyspozycji pełny metraż. W takim przypadku pytanie: Co mi daje Dalej jazda!? brzmi wyjątkowo donośnie, a cisza zamiast odpowiedzi – szczególnie wymownie.
Mariusz Kuczewski – Dalej jazda! (2025). Czas oglądania: 21 minut.
Halina Reijn – Babygirl

Są filmy złe, co oznacza, iż są źle zagrane, zainscenizowane i zrealizowane. Są też filmy znakomite aktorsko, dobrze poprowadzone i nakręcone, a mimo to także zasługują na miano złych – ale w sensie moralnego upadku. Taką właśnie produkcją jest Babygirl. Starsza kobieta, odczuwając nudę w związku, postanawia znaleźć sobie młodszego kochanka. I to tyle. Nie ma tu żadnej głębszej opowieści, złożonej psychologii postaci, dynamiki upadku, winy i odkupienia. Seks, dialog, seks, dialog – tak od pierwszej sceny toczy się ta wydmuszka, będąca ufryzowaną na wielkie kino wariacją na temat 50 twarzy Greya. Już otwierająca sekwencja mówi wyraźnie, że będziemy mieli do czynienia z pornografią z wyższej półki, której hasła przewodnie to: „szukanie siebie”, „odwaga”, „eksploracja potrzeb” i tym podobne banały z Instagramowego poradnika dla kobiet w kryzysie związku. (Dodajmy: w kryzysie, za który niekiedy – jak w przypadku rzeczonego filmu – ponoszą wyłączną odpowiedzialność).
I gdyby jeszcze Babygirl formułowało jakąś głębszą prawdę o dynamice stygnących relacji małżeńskich, o nieskutecznych próbach budowania dialogu w rozpadającym się związku, odkrywaniu siebie po latach stabilności przedzierzgającej się w nudę, produkcja wypadałaby z pewnością lepiej. Niestety, ostatnie sceny – które pozwoliłem sobie z ciekawości obejrzeć – to bezprzykładny pokaz skandalicznej lekcji, jaką serwuje nam Reijn. Główna bohaterka nie mierzy się z konsekwencjami własnych działań, nie płaci za nie żadnej ceny – jak gdyby jej działanie było nie tylko neutralne moralnie, ale wręcz chwalebne. Czy można wyobrazić sobie bardziej skandaliczną lekcję na temat zaufania, oddania i bliskości – czyli tego wszystkiego, co czyni relacje międzyludzkie prawdziwymi i wartymi budowania? W tym znaczeniu film ma zerową wartość i tylko na zerową notę zasługuje.
Halina Reijn – Babygirl (2024). Czas oglądania: 28 minut (+ sceny końcowe).
Patryk Vega – Putin

Nie wiem doprawdy, co mnie nakłoniło, by sięgnąć po ten film. Może fakt, że Patryk Vega to już od lat enfant terrible polskiego kina, a ja mam słabość do twórców idących pod prąd? A może to po prostu wrodzona ciekawość, która w tym wypadku bez dwóch zdań stanowi pierwszy stopień do piekła? Nieważne, jak brzmiałaby odpowiedź, zdołałem uciszyć opory natury moralnej, włączyłem najnowsze „dzieło” reżysera i… No cóż, powiedzieć, że przeżyłem szok poznawczy byłoby daleko idącym niedopowiedzeniem. Putin to artystyczny misz-masz, od pierwszej sekundy niosący gryzący swąd amatorszczyzny, jakiego nie powstydziłby się Mariusz Pujszo. Kamera cierpiąca na drgawki, źle skomponowane kadry, przypadkowo dobrane filtry, poszatkowana, bezsensowna fabuła, drętwe dialogi, tragiczne aktorstwo – wszystko to sprawia, że Vega nakręcił film, za który student pierwszego roku filmówki z hukiem wyleciałby z uczelni. I żadne zaklęcia, jakoby przekroczenie norm kina akademickiego było celowe, nie są w stanie nic zmienić. Wszak owe reguły wymyślono – na ogół ucząc się na błędach – właśnie po to, żeby filmy dobrze się oglądało. Tymczasem Putina oglądać się po prostu nie da. Co gorsza, nie sposób rozpatrywać filmu w kategoriach „tak głupie, że aż śmieszne”. Wprost przeciwnie: to kino śmieciowe, stworzone z chęci szokowania, tani performance kogoś, kto jest słabym rzemieślnikiem i zupełnie nieudanym artystą. Jedyny plus jest taki, że Vega stworzył ten pomnik pychy za własne pieniądze i że poniesiona potężna strata będzie być może dla niego lekcją pokory. Trudno mi wprawdzie oczekiwać utemperowania zawyżonej samooceny w przypadku kogoś, kto swego czasu nakręcił własną autobiografię na wzór kina o superbohaterach, ale zejście na ziemię z pewnością przysłużyłoby się niezłemu przed pary dekady twórcy.
Patryk Vega – Putin (2025). Czas oglądania: 27 minut.
James Mangold – Kompletnie nieznany

Bob Dylan to w Ameryce muzyk-instytucja, może zatem dziwić, że dopiero teraz poświęcono mu film pełnometrażowy. Jak to jednak z uznanymi (i ciągle żyjącymi) artystami bywa, ich losy często przedstawia się jako żywoty świętych, a nie ludzi z krwi i kości. Tak samo jest w tym wypadku. Młody Bobby przybywa do Nowego Jorku, by poznać ciężko chorego idola. Na miejscu gra paru ważnym osobom kilka piosenek i… Voilà! Tyle wystarczy, by wszyscy rozpłynęli się w zachwycie nad jego talentem. Dlaczego muzyk odniósł popularność? Co takiego fascynuje go w prostej robotniczej muzyce, z którą związał swoje życie? Na czym polega sekret jego domniemanej wrażliwości, przekutej w miliony sprzedanych płyt? Skąd w Amerykanach taka miłość do dwustuletnich niekiedy smutnych ballad o trudnym życiu i twardym losie? Kompletnie nieznany na te pytania nie stara się nawet odpowiadać, pozostawiając sylwetkę artysty i sekret jego popularności – nomen omen – zupełnie nieznanymi widzowi.
Oprócz wyjątkowo ubogiej warstwy intelektualnej, film wypada także przeciętnie pod kątem technicznym. Świat przedstawiony stworzono z pietyzmem, Mangoldowi nie udało się jednak uniknąć wrażenia inscenizacji skrojonej pod filmową taśmę. Słabo wypada także Timothée Chalamet jako tytułowa postać. Bez charyzmy i młodzieńczej werwy, z martwym spojrzeniem, które zupełnie nie pasuje do prawdziwego Dylana znanego ze starych zdjęć i nagrań, snuje się przez film jak gdyby lunatykował. Trudno również powiedzieć, by film zachwycał warstwą musicalową. Oczywiście dla Amerykanów te wokalno-gitarowe miniaturki to klasyki, ale przeciętny widz z Europy zapewne wolałby na co dzień słuchać ścieżki z Narodzin gwiazdy: filmu znacznie bliższego kulturowo i charakterologicznie. Wszystko to powoduje, że Kompletnie nieznany to film bardzo bezpieczny, zachowawczy i w rezultacie nijaki. Dobre kino Oscarowe, ale wyjątkowo słabe osiągnięcie artystyczne.
James Mangold – Kompletnie nieznany (2024). Czas oglądania: 29 minut.
Gints Zilbalodis – Flow

Animowana opowieść o kocie, który musi sobie radzić w świecie mierzącym się z nagłą katastrofą: oto dość kompletny opis fabuły Flow. Co przedziwne, nawet przy tak skondensowanym i cokolwiek banalnym scenariuszu film spotkał się z bardzo pozytywnym przyjęciem. Czy zasłużonym? Możliwe, ale nie mam zamiaru dołączać do chóru apologetów, których przesadnie entuzjastyczne wypowiedzi niepokojąco przypominają wyliczanki generowane przez SI. Rzeczony film od samego początku jawi mi się bowiem jako intelektualnie płaski i moralnie jednowymiarowy. I nie chodzi wcale o to, że Flow to półtoragodzinne ćwiczenie z czystego kina, czyli scen bez dialogów. Rzecz raczej w tym, że produkcja cierpi na szereg wad: postaci są płytkie, określane maksymalnie dwiema cechami charakteru, napięcie nie istnieje, wiemy bowiem, że kociemu protagoniście nie może stać się nic złego, całe zaś przesłanie opiera się na schemacie „od niechęci do współpracy”, który jest już tematem zupełnie kulturowo zużytym. Rozumiem, że bardzo wiele osób wzrusza się, widząc animowane zwierzęta i ich trudny los (to nie złośliwa ocena, ale synteza głosów pochwalnych), wydaje się jednak, że od animacji skierowanej przede wszystkim do dorosłego widza można oczekiwać czegoś więcej – czegoś, czego w tym filmie zwyczajnie nie ma. Analogiczny problem dotyczy warstwy wizualnej: nawet jeżeli na potrzeby argumentu nazwać ją znakomitą, nie zmienia to faktu, że jest to narzędzie, nie zaś cel sam w sobie. Kreacja świata przedstawionego wypada przyjemnie, ale zarazem czuć w niej zadęcie i powagę, jak gdyby całość miała służyć znacznie wyższym celom i stawiać o wiele bardziej doniosłe pytania, niż w istocie zadaje. Dla kogoś, kto jest wyczulony na fałsz i granie na nutach pozornej głębi i pretekstowej wrażliwości, powyższe zarzuty będą dyskwalifikujące. Dlatego stwierdzam głośno i jednoznacznie: Flow nie jest filmem dla każdego, a z pewnością nie jest filmem dla mnie.
Gints Zilbalodis – Flow (2025). Czas oglądania: 24 minuty.
Tadeusz Śliwa – Światłoczuła

Światłoczuła to jeden z tych filmów, których całą dramaturgię ma zastąpić nośny społecznie temat. W tym wypadku chodzi o los osób niewidomych i niedowidzących, do takich bowiem należy główna bohaterka, Agata. Skupienie oka kamery na niepełnosprawnej dziewczynie powoduje, że cała reszta staje się dla Tadeusza Śliwy mniej lub bardziej niedogodnym tłem, które należy nagiąć do pomysłu wyjściowego. Sprawia to, że już w pierwszych minutach film zaczyna wpadać w fałsze. Oto po raz kolejny przenosimy się w świat Warszawy, gdzie młodzi, pracujący w niezależnych zawodach, toczą pocztówkowe życie, w którym wszelkie trudy to okazja do samodoskonalenia, nie zaś walka o przetrwanie. Tam, gdzie reżyser mógłby – mówiąc potocznie – przykręcić śrubę i wydobyć prawdziwe problemy, na przykład nieporozumienia między Agatą a jej podopiecznymi z ośrodka wychowawczego, szybko wycofuje się na bezpieczną pozycję i każe trudnej młodzieży deklamować laurkowe wyznania. Nie mniej kartonowo wypada postać Roberta, który nie ma pogłębionej biografii, jego motywacja zaś – zwłaszcza do wejścia w związek z Agatą – jest czysto umowna. Dodajmy do tego stereotypową galerię postaci drugoplanowych, na dodatek zbyt często mówiących językiem martwej filmowej taśmy, zamiast prawdziwego życia, dorzućmy do wszystkiego alternatywną muzykę, której nie powstydziłaby się wczesna Barbara Białowąs (Big Love) albo Weronika Migoń – specjalistki od opowieści na temat wczesnej dorosłości – a otrzymamy typową scenerię dla typowego polskiego filmu o świecie osób 25+. Jak już zauważyłem, w tej na wskroś sztampowej ramie fabularnej jedyna dystynktywna składowa to choroba głównej bohaterki. Czy udało się przedstawić jej przypadłość wiarygodnie? Tego nie wiem – nie zmienia to jednak faktu, iż nawet najważniejszy społecznie temat wymaga ujęcia oryginalnego, prawdziwego i wychodzącego poza dobrze znane motywy. Tym wymogom Światłoczuła sprostać zwyczajnie nie potrafi.
Tadeusz Śliwa – Światłoczuła (2025). Czas oglądania: 24 minuty.
Noémie Merlant – Balkoniary

Nie mam zamiaru wszczynać kolejnej politycznej burzy, bo tych zdecydowanie za dużo jest już w Internecie. Chciałbym jedynie poprzestać na deklaracji, że zgadzam się, iż feminizm to ruch, który – wbrew krytykom – ma do zaoferowania znacznie więcej niż „Aborcyjny Dream Team” albo Manifa. Niestety, naprawdę trudno bronić feminizmu, jeżeli znajduje reprezentację w takiej kinematograficznej abominacji jak Balkoniary. Film ma trzy kobiece bohaterki, z których każda reprezentuje inne zaburzenie psychiczne. Ruby cierpi na narcyzm i ADHD, Élise ma osobowość histrioniczną, natomiast Nicole to wycofana wrażliwa pisarka, sytuująca się na granicy fobii społecznej. Oczywiście przerysowuję i ironizuję, trudno jednak tego nie robić, jeżeli Noémie Merlant każe śledzić widzowi ciosane siekierą karykatury prawdziwych ludzi, których życie psychiczne określić można za pomocą jednej niewysublimowanej cechy. Sama akcja składa się z różnych migawek dających się zamknąć w paru słowach: poliamoria, voyeuryzm, Internetowa prostytucja, mordowanie mężczyzn. Czy przesadzam? Bardzo bym chciał – sęk w tym, że wiernie trzymam się fabuły. Balkoniary bowiem to wyjątkowo mało wysublimowany manifest, który broniłby się może w czasach Judith Butler, dziś jednak wydaje się spóźniony o jakieś cztery dekady i dwie fale feminizmu. Jakie to doniosłe przesłanie ostatecznie chce nam zostawić reżyserka? Wnosząc po ostatnich scenach brzmi ono: wolność kobiet to pokazywanie piersi. Czy naprawdę na tym mają polegać prawa kobiet AD 2025, po wszystkich doświadczeniach ruchu Me Too, włącznie z bolesną dla feminizmu, ale nie bezzasadną kontrrewolucją? Dla porządku: można oczywiście oceniać inne aspekty niż czysto ideologiczny, które zresztą nie uratowałyby filmu – aktorstwo, zdjęcia, muzyka: wszystko jest tu co najwyżej przeciętne – gdyby nie to, że Balkoniary to produkcja, która sama określa się jako przyczynkarski felieton polityczno-społeczny, nie zaś pełnoprawne dzieło sztuki. A że tego rodzaju agitka dezaktualizuje się dość szybko i nie wnosi zbyt wiele do życia, nie dziwię się nikomu, kto – tak jak ja – z pociągu prowadzonego przez Merlant wysiądzie w okolicach drugiej stacji.
Noémie Merlant – Balkoniary (2024). Czas oglądania: 26 minut (+ sceny końcowe).
Michał Krzywicki – Nieprzyjaciel

Są filmy, które swój mierny poziom potrafią dość długo tuszować, zachowując pozory dobrego kina. Nieprzyjaciel zdecydowanie nie zalicza się do tej kategorii: to produkcja, która od pierwszej sceny zdradza czym jest – źle napisanym, źle zagranym i źle wyreżyserowanym thrillerem. Fabuła produkcji Krzywickiego nie da się łatwo opowiedzieć. Oto dwie pary przyjeżdżają na Mazury, kanwą wakacji jest zaś nielegalna i bardzo zyskowna operacja na kryptowalutach. Szybko okazuje się, że pracownikiem luksusowej willi, gdzie rozgrywa się akcja, jest Ania, której siostra była niegdyś dziewczyną jednego z gości i przed laty zginęła w wybuchu samochodu-pułapki. Jak możliwy jest tak kosmiczny wręcz zbieg okoliczności? Nie mam pojęcia – ale wymaganie tak daleko idącego zawieszenia niewiary bez podania żadnych rozsądnych argumentów to dobitny dowód na zwyczajne lenistwo trójki (!) scenarzystów. Sama realizacja również wypada co najwyżej przeciętnie. Spośród aktorów względnie dobrze radzi sobie co najwyżej Michał Żurawski, któremu towarzyszy naturalny luz, cała reszta prezentuje zaś poziom charakterystyczny raczej dla paradokumentów niż filmów pełnometrażowych. Narracja jest dziwaczna, kolejne wydarzenia – absurdalne, a cała intryga związana z zaplanowaną operacją finansową czysto pretekstowa. Nie wykluczam, że po pierwszym akcie film gęstnieje i pokazuje swoje prawdziwe oblicze. Sęk w tym, że thriller wymaga dobrej fabuły opowiadanej w rytmie pracy dobrze naoliwionej maszyny. Jeżeli zaś już od początku całość trzyma się tylko dzięki dobrej woli twórców, można się spodziewać, iż dalej będzie tylko gorzej. I żeby jeszcze Nieprzyjaciel charakteryzował się fundamentalną samoświadomością albo minimalną choćby dawką dystansu, można by smakować czyniony przez niego meta-komentarz. Niestety takowego także brak: zostaje kino poważne, nadęte i cokolwiek pretensjonalne, a zarazem – trącające amatorszczyzną.
Michał Krzywicki – Nieprzyjaciel (2025). Czas oglądania: 25 minut.