Filmy wojenne mogą być tworzone z różnych pobudek. Niektóre – na przykład Szeregowiec Ryan czy Wróg u bram – nastawione są na dostarczenie dobrego widowiska. Inne, jak Helikopter w ogniu czy Westerplatte Stanisława Różewicza, mają wiernie przedstawić wybraną bitwę. Jeszcze inne niosą przesłanie antywojenne, czego najlepszym przykładem jest klasyczne Na Zachodzie bez zmian, które doczekało się trzech ekranizacji. Dlaczego o tym wspominam? Bo największą wadą filmu 1917 jest to, że nie potrafi jasno obrać ani swojego przedmiotu, ani stylu. Otwarcie wyraźnie uderza w ton naturalistyczny, prawdopodobnie po to, by wzmocnić subtelnie zarysowany wydźwięk pacyfistyczny. W połowie jednak – dokładnie zaś od chwili śmierci jednego z głównych bohaterów – produkcja bezkompromisowo łamie wszelkie zasady mimesis, przechodząc w pretensjonalny, mało wiarygodny bełkot, cieszący przede wszystkim oczy, ale wymagający wyłączenia wyższych funkcji poznawczych. W rezultacie 1917 rozpada się na dwie zupełnie różne części: dokumentalną opowieść wierną prawdzie życia i ufryzowany na poważne kino melodramat, cechujący się absurdalnymi zbiegami okoliczności, błędami merytorycznymi i zupełnie nieprzekonującą warstwą psychologiczną. Nie da się zaprzeczyć, że wady te do pewnego stopnia łagodzi pieczołowicie zrealizowana warstwa wizualna. Naiwnością byłoby jednak utrzymywać, że odważna i wymagająca technika filmowa powinna stanowić jedynie, a nawet główne kryterium oceny. Mówiąc zatem najkrócej, cały potencjał, jaki niosły ze sobą przemyślane zabiegi formalne, został zaprzepaszczony brakami scenariusza, którego materia starczyłaby na dwugodzinny film bez silenia się na trącający fałszem sztuczny dramatyzm. Szkoda.
Sam Mendes – 1917
Reżyseria: Sam Mendes
Gatunek: wojenny
Kraj produkcji: Wielka Brytania / USA
Rok: 2019
Opublikowano wW kilku zdaniach