Lśnienie jest uważane za jeden z najlepszych filmów grozy wszech czasów. I nie piszę tych słów tylko dlatego, że wygodnie nim zacząć recenzję. Wprost przeciwnie: zadałem sobie trud i sprawdziłem stosowne zestawienia przygotowane przez znane serwisy. IGN i Empire daje dziełu Kubricka zaszczytne pierwsze miejsce, TimeOut drugie, The Guradian i Collider piąte. Nieco bardziej powściągliwy jest Rolling Stone, lokujący produkcję dopiero na miejscu jedenastym. A już zupełnym zaskoczeniem jest odległe, bo dopiero 39. miejsce na liście czasopisma Harper Bazaar. Wynik ten budzi we mnie trudne do wyartykułowania niedowierzanie, bowiem Lśnienie nie powinno znaleźć się w żadnym tego rodzaju spisie. Jest to film, który cierpi na liczne i poważne przypadłości rozłożone na wielu poziomach: narracji, aktorstwa, a nawet muzyki. Jakkolwiek kontrowersyjnie to nie zabrzmi, gotowy jestem rzucić tę garść grochu o ścianę i powiem głośno: Lśnienie to film po prostu słaby.
Na ogół recenzje zaczynam od próby streszczenia fabuły. Tym razem zapewne byłoby podobnie, gdyby nie to, że wydarzenia, które rozgrywają się w filmie można ująć w jednym, nie zanadto złożonym zdaniu: małżeństwo z synem przyjeżdża do opuszczonego hotelu, w którym niegdyś doszło do morderstwa, przeszłość sprawia zaś, że mąż i ojciec powoli popada w paranoję. Bardzo chciałbym napisać coś więcej, ale materiał fabularny jest na to stanowczo zbyt skąpy. Nie wiem, kim jest Jack Torrance – podobno pisarzem, ale nie wiadomo, jakie książki pisze, ile ich wydał i jaką sławą się cieszy. Nie mam pojęcia, jaką osobą jest jego żona Wendy, bo Kubrick nakazał aktorce odwzorować ją jedną miną. Nic nie wiem o łączącej ich relacji, oddanej schematycznie, bez polotu i choć krzty chemii. Najlepiej bodaj wypada sześcioletni Danny, ale dzieje się tak tylko dlatego, że nie oczekujemy od dziecka, iż wykreuje postać z krwi i kości, przez co brak głębi tej postaci razi nieco mniej. Błędy scenariusza nie kończą się na płyciznach psychologicznych. Największym bowiem problemem są znaczące skróty fabularne co do wyjaśnienia kulisów rozgrywających się w kurorcie wydarzeń, chyba, że za wystarczające tło uznać opowieści o indiańskim cmentarzysku i popełnionym dużo wcześniej morderstwie. Rozwinięcia nie doczekuje się nawet tytułowa zdolność, potraktowana jako pretekst, by nadać akcji bieg. Brak logicznego i przekonującego wyjaśnienia ma jeszcze jedną konsekwencję: otóż Kubrick przez cały film gra kartą szaleństwa, co sprawdza się może w pierwszej godzinie seansu, po której jednak opowieść prosi się – bezskutecznie – o jakiekolwiek rozwinięcie.

Niestety, Lśnieniu nie pomagają aktorzy. Jack Nicholson to fatalny wybór do głównej roli, zwłaszcza, że Kubrick zupełnie nie potrafił go okiełznać. Aktor szarżuje, stroi miny i dziwnie się porusza, często nadając swojej twarzy wygląd nie niepokojący, ale po prostu komiczny. Mówiąc najkrócej, w jego interpretacji Torrance nie jest groźny, ale karykaturalnie śmieszny. Co gorsza, w taką manierę Nicholson wpada od pierwszych sekund, sprawiając już w otwierającej scenie wrażenie głęboko zaburzonego, przez co film nie jest w stanie przedstawić anatomii popadania w szaleństwo. A przecież to właśnie byłoby najciekawsze: ukazać, jak normalny człowiek – typowy everyman – osuwa się w świat własnych urojeń. Równie źle poprowadzona jest Shelley Duvall, nieposiadająca żadnych wyrazistych cech charakteru i przejawiająca zachowania nieznośnie wprost irytujące. Wbrew peanom na jej cześć, gra ona typową postać z typowego thrillera, może z tym zastrzeżeniem, iż – inaczej niż w standardowym filmie tego rodzaju – trudno jej kibicować, skoro widz nic o niej nie wie. Reszta obsady ginie w tle, ale kiedy się stamtąd przebija – jak w scenie morderstwa Dicka Halloranna (Scatman Crothers) – efekt przypomina bardzo słaby kabaret. Sam fakt, że Lśnienie, zamiast strachu, budzi śmiech – a czyni to nawet w ostatnim ujęciu, do którego w wyobraźni dodać można logo producenta mrożonek – stanowi jego najkrótszą, choć niestety nie najbardziej pochlebną recenzję.
Film dałoby się jeszcze najpewniej uratować na stole montażowym, ale ta ostatnia linia obrony również zawiodła. Dzieło Kubricka składa się ze scen za długich i nudnych, w których reżyser nie potrafi wykreować napięcia, bo wiadomo z góry, że głównym postaciom – jedynym mieszkańcom hotelu – nie może się nic stać. Schemat taki można było oczywiście złamać, ale reżyserowi brakło odwagi, by to zrobić, stąd akcja toczy się z góry przewidzianym torem. Kulminacją nieudanej narracji jest scena pościgu w labiryncie – stanowczo za długa, źle poprowadzona i zmontowana, niepotrafiąca zbudować napięcia. Nie jest to zresztą wyjątek, bo takich dłużyzn jest bardzo dużo. Owszem, świetnie sprawdzają się one w kinie psychologicznym, w odniesieniu jednak do produkcji wyprutej wręcz z tej warstwy rodzi się pytanie o celowość takiego zabiegu. Wydaje się, iż jego jedyną funkcją jest złamanie reguł kina gatunkowego, nie niesie bowiem żadnej innej idei, może poza próbą upodobnienia się – z marnym oczywiście skutkiem – do kina artystycznego.

Wszystkie te składniki, wzięte razem, tworzą coś, co Anglosasi określają mianem a perfect storm – czyli idealne połączenie reżyserskiej nieudolności, scenariuszowej impotencji i aktorskiego braku wyczucia. Kubrick udaje, że tworzy wielkie kino, łącząc składniki charakterystyczne dla jego innych produkcji, ale mając za materiał wyjściowy tekst rządzący się zupełnie odmiennymi prawami, konstruuje wydmuszkę, która z trudem przeraziłaby dziecko, pozostawia obojętnym osobę z największą nawet nadwrażliwością i nie potrafi odpowiedzieć na fundamentalne pytania nasuwające się najmniej uważnemu widzowi. Cóż z tego, że akcja rozgrywa się w nietypowych, agresywnie kolorowych wnętrzach, skoro w przestronnych, zmieniających się jak w kalejdoskopie korytarzach i pokojach brakuje poczucia klaustrofobii i odcięcia od świata? Cóż z tego, że w uszy kłuje muzyka przywodząca na myśl skrobanie paznokci o tablicę, skoro stosowana jest bez umiaru i nie jest w stanie umiejętnie budować nastrój tam, gdzie to potrzebne? Cóż z tego, że są w filmie sceny bardzo udane, jak na przykład ta podczas balu, skoro ich nakręcenie za pomocą długich, budujących szczątkowe napięcie ujęć wykorzystuje tę samą technikę, którą reżyser zastosował w pozostałych częściach filmu, co sprawia, że fragmenty te tracą wyjątkowość?
Choć Lśnienie to film z wielkimi pretensjami do sztuki, jest to kino nie tylko płytkie, ale i po prostu głupie – źle przemyślane i liczące na naiwność widza. Doskonale rozumiem, że słowa te mogą wywołać sprzeciw i oburzenie, ale nie zmienia to faktu, że nie ma powodów, by uważać dzieło Kubricka za film legendarny czy kultowy. Trudno jest dokonać zamachu na świętość, ale trzeba to w końcu powiedzieć: król jest nagi. Możemy oczywiście nadal udawać, że nic się nie dzieje i że to jeden z klasyków w dziejach kina, ale przecież Lśnienie otrzymało nominację do Złotej Maliny w roku 1981 i jest to decyzja jak najbardziej słuszna, oparta na zdrowym, pozbawionym sentymentów i wolnym od intelektualnego lenistwa oglądzie. A że upływ czasu zmienił recepcję produkcji? Nie pierwszy to przypadek, kiedy kurz i patyna nadają miły dla oka wygląd, pod którym czai się niedostrzegalna, ale boleśnie obecna pustka.