Robot służący do towarzystwa pod wpływem modyfikacji zaczyna mordować ludzi – to najkrótsze i bynajmniej niespłycające streszczenie filmu Towarzysz. Jak można się domyślić, ten horror z (rzadkimi) momentami czarnej komedii bazuje przede wszystkim na lękach przed technologią, które wcześniej sondował już serial Czarne lustro. I podobnie jak rzeczona produkcja Netfliksa, dziełko Hancocka, pozorując głębię, przemyka się po powierzchni i nie dostarcza najmarniejszej nawet strawy intelektualnej. Kłopoty dotyczące Towarzysza dotyczą dwóch kwestii. Jedna z nich to scenariusz, pełen nielogiczności i wewnętrznych sprzeczności. Kilka przykładów? Maszyny jakoby nie mają niespotykanej siły fizycznej, co nie przeszkadza jednej z nich zmasakrować gołymi rękoma człowieka. Albo: główna postać wie wszystko o zakupionej maszynie i umie złamać jej zabezpieczenia, a zarazem dziwi się funkcji rejestracji obrazu i nie ma pojęcia, gdzie mieści się dysk twardy. Takich miejsc, w których fabuła podważa swoje własne założenia, można wyliczyć bardzo wiele. Drugie źródło krytyki to zupełnie niewiarygodna psychologia postaci. Wspomniany już główny bohater nie ma żadnej solidnej motywacji dla swoich działań. Owszem, Hancock przypisuje mu kompleks niższości, czym innym jest jednak poczucie krzywdy i niesprawiedliwości, a czym innym bycie psychopatycznym mordercą, nawykłym do widoku krwi i zabijania ludzi. Co gorsza, równie niewiarygodne pod kątem motywacji jest zakończenie, które do końca grzebie film. Najgorsze zaś w tym wszystkim jest to, że temat, który podejmuje Towarzysz, można było bardzo inteligentnie skomplikować, zadając kilka piekielnie trudnych pytań. Jakie są granice odczuwania? Kiedy pojawia się wolność? Na czym polega autonomia? Kwestie te, znakomicie sproblematyzowane w grach takich jak Detroit: Become Human, tu nie zostają nawet podniesione – zamiast tego pojawiają się raczej zadekretowane twierdzenia, których wewnętrzna spójność jest co najmniej dyskusyjna. I na nic zda się potencjalna odpowiedź, że film Hancocka to pozbawione większych ambicji kino rozrywkowe: ambicje te są bowiem wyraźne w niektórych dialogach, zastępując z czasem zarówno śmiech, jak i poczucie grozy pseudofilozoficznym wywarem o tendencjach moralizatorskich. Dlatego w ostatecznym rozrachunku Towarzysz to wydmuszka, która ani nie bawi, ani nie uczy, ani nie opowiada niczego głębokiego i interesującego.
Pierwsza część W lesie dziś nie zaśnie nikt bezkompromisowo przenosiła na rodzimy grunt pomysły dobrze znane z zachodnich slasherów, wzbogacone pełną świadomością gatunkowych ograniczeń i klisz. Druga część stara się robić to samo, lecz idzie w tym względzie znacznie dalej.
Oryginalna tetralogia Krzyk autorstwa Wesa Cravena była bezkompromisowym i cokolwiek złośliwym komentarzem na temat kina grozy. Mimo wszystko reżyser nie udawał, iż dokonuje głębokiej, antropologicznej wręcz rekonstrukcji gatunku. Ambicje Matta Bettinelli-Olpiniego i Tylera Gilletta idą znacznie dalej – ich meta-komentarz przenicowuje obiekt krytyki na wylot. Niestety, mimo tego film nie bawi, ani nie mówi nic mądrego.
Wydawałoby się, że nie ma nic prostszego, niż nakręcić nową część serii Krzyk. Wystarczy odważnie zaczerpnąć z przebogatego katalogu klisz, którymi posługują się dzisiejsze filmy grozy, a następnie oddać je kreską zjadliwego karykaturzysty i przyprawić szczyptą samoświadomości.
Członek rodziny magnatów gier planszowych bierze ślub. Nim jednak jego żona dołączy do familii, musi przejść osobliwy test. Ten bardzo skompresowany opis ujmuje właściwie całą fabułę, w której pojawia się przekazywana z pokolenia na pokolenie klątwa, satanizm i satyra na świętość rodziny. Niestety, mimo iż Bettinelli-Olpin i Gillett chcą połączyć rasowe kino gore z komedią, mają zdecydowanie zbyt mało wyczucia i subtelności, by powstały mariaż uznać za udany.
Długie oczekiwanie rodziło wielkie nadzieje. 28 lat później miało być powrotem do szorstkiego, na wpół amatorskiego kina, rozsadzającego ciasne ramy gatunkowych stereotypów. Niestety, w zapędzie do dekonstrukcji wszystkiego, co tylko się da, Danny Boyle poszedł stanowczo za daleko. W rezultacie zamiast dobrego filmu grozy otrzymujemy coś, co nie jest ani dobre, ani straszne.
28 dni później było jednym z najbardziej oryginalnych filmów, jakie zrealizowano na początku tego wieku. Wykorzystując kontrolowaną niedbałość, zatrzymującą się w połowie drogi między normalnym filmem a found footage w stylu Blair Witch Project, Danny Boyle stworzył fenomenalną opowieść o końcu świata. Inaczej niż na przykład w World War Z, scenariusz wrzucał główną postać – kuriera rowerowego, Jima – w rzeczywistość po katastrofie, co reżyserowi pozwalało zaoszczędzić kosztów na rozmachu, a widzowi wraz z protagonistą odkrywać upiorny wymiar tego, co wydarzyło się w międzyczasie.
Chucky – najbardziej bodaj zabójcza zabawka w dziejach kina – powraca, tym razem w kostiumie uszytym na miarę XXI wieku. W stosunku do oryginalnej koncepcji zmiany są bardzo liczne, a niekiedy także fundamentalne. Tytułowy morderca to już nie opętana duchem zabawka, lecz zbuntowana sztuczna inteligencja, film zaś – oprócz aspektu czysto rozrywkowego – chce w nienachalny sposób skomentować konsumpcjonizm i wątpliwą moralność wielkich korporacji. Klevberg postanawia także wpleść do produkcji stylistyki nieobecne w oryginale.
Jeden z najlepiej ocenionych filmów 2018 roku. Fabuła koncentruje się na losach rodziny, która próbuje przeżyć w świecie spustoszonym atakiem najeźdźców z Kosmosu. Kluczem do przetrwania jest zachowanie absolutnej ciszy, gdyż to właśnie hałas przyciąga bezlitosnych zabójców. Niestety, ten interesujący koncept nie jest w stanie uratować filmu pod wieloma względami wyjątkowo miernego. Do mankamentów należą sztampowe, niewiarygodne psychologicznie postaci, brak jakiekolwiek napięcia i cukierkowa fabuła.
Lśnienie jest uważane za jeden z najlepszych filmów grozy wszech czasów. I nie piszę tych słów tylko dlatego, że wygodnie nim zacząć recenzję. Wprost przeciwnie: zadałem sobie trud i sprawdziłem stosowne zestawienia przygotowane przez znane serwisy. IGN i Empire daje dziełu Kubricka zaszczytne pierwsze miejsce, TimeOut drugie, The Guradian i Collider piąte. Nieco bardziej powściągliwy jest Rolling Stone, lokujący produkcję dopiero na miejscu jedenastym. A już zupełnym zaskoczeniem jest odległe, bo dopiero 39. miejsce na liście czasopisma Harper Bazaar.
Brytyjski dźwiękowiec przyjeżdża do Włoch, by podjąć pracę przy niskobudżetowym filmie grozy. Szybko okazuje się jednak, że zadanie to zaczyna go psychicznie przerastać. Sam pomysł – szkatułkowy film w filmie, a przy okazji hołd dla tych, których nie widać przed kamerą – jest świetny. Niestety, zupełnie brakło scenariusza, by przedstawić go w przekonującej formie. Strickland chce pokazać wrażliwego artystę, który osuwa się w odmęty szaleństwa, nie potrafi jednak zbudować narracji, która mogłaby przykuć uwagę, nie mówiąc już o tym, że w filmie nie ma cody!
Amerykańsko-francuska adwokatka, Kate Moore (A.J. Cook) ma bronić w procesie mężczyznę oskarżone o brutalne zamordowanie przypadkowej rodziny. Choć początkowo nie wierzy ona w winę oskarżonego, będzie musiała zmienić zdanie, kiedy skonfrontuje się z nowymi dowodami. Już na samym początku powiem dla jasności: Zwierz to film głupi, którego scenarzysta nie ma pojęcia ani o pracy policji, ani o postępowaniu adwokatów, ani o działaniu systemu sprawiedliwości w Europie. Ogólnie rzecz biorąc, liczba nielogiczności i luk jest tu zatrważająca.