Najpierw kilka stopni do góry, potem zakręt w lewo, kolejna klatka schodowa, dwa piętra w dół, wąski, ciemny korytarz, w którym siedzą realizatorzy. Wreszcie widownia i scena, choć użycie spójnika „i” jest tutaj nie na miejscu – obie dzieli co najwyżej pół metra nagiej, betonowej podłogi. Czy w ogóle jesteśmy jeszcze w teatrze?