Jak mawia stare przysłowie, naśladowanie to najwyższa forma pochlebstwa. Jeżeli to prawda, wówczas bez obaw można powiedzieć, że Jerzy Kawalerowicz postanowił złożyć hołd kinu włoskiemu i francuskiemu z przełomu XX wieku. Niestety, samo odtwarzanie rozwiązań formalnych nie wystarczy, by dorównać Felliniemu i Buñuelowi.
Do rangi prawidłowości urasta już moja obserwacja, że im film bardziej doceniany w momencie premiery, tym jego odczytanie po latach wypada gorzej.* Jedynym bodaj wytłumaczeniem takiego stanu rzeczy wydaje się osławiony efekt Mandeli, czyli żyjące w zbiorowej świadomości złudzenie, którzy wszyscy biorą za niepodważalną prawdę. Jak inaczej bowiem wyjaśnić szeroko podzielane przeświadczenie o wielkości danego dzieła, mimo jego oczywistych niedociągnięć i mankamentów, które musiały pobudzać do krytyki już w dniu premiery?