Znana opozycyjna dziennikarka opisuje życie Rosjan, głównie tych zamieszkujących prowincję. Jak możemy się domyślić nie otwierając nawet okładki, egzystencja bohaterów jej reportaży jest smutna, pozbawiona nadziei i na ogół przedwcześnie dobiega końca. Przyszło nam tu żyć nie jest zatem w stanie wstrząsnąć, ani nawet zaskoczyć: o tym, że Rosja to od dekad, jeśli nie od wieków, kraj zgniły, moralnie upadły i ahumanitarny, nie trzeba przecież nikogo przekonywać. Jedyną zaletą książki Kostiuczenko jest to, iż pozwala dostrzec częściowe przynajmniej źródło owej zgnilizny: bezwolność, patriarchat (rozumiany w dosłownym sensie – jako podporządkowanie wyższej władzy, bez względu na płeć tej ostatniej), pełne rezygnacji pogodzenie. Biorąc te małe, choć niezmiennie ponure scenki razem, nie sposób nie dojść do wniosku, iż największe państwo świata już dawno strawił rozkład, do którego jego mieszkańcy nie tylko przywykli, ale się w nim zadomowili i najwyraźniej próbują uczynić z niego – by tak rzec – towar eksportowy. Mówiąc najkrócej: brudna dusza Rosjan bynajmniej nie oczyściła się od czasów Dostojewskiego. Ale żeby się o tym przekonać, nie trzeba sięgać po Przyszło nam tu żyć: wystarczy włączyć pierwszy z brzegu kanał informacyjny.
O tym, że Jerzy Hoffman jest jednym z największych powojennych polskich reżyserów, nie trzeba nikogo przekonywać. Wystarczy obejrzeć takie dzieła z jego dorobku jak przełomowy dokument Uwaga, chuligani, western osadzony na tzw. ziemiach odzyskanych, czyli Prawo i pięść albo wielkie widowiska historyczne stworzone na podstawie Sienkiewiczowskiej prozy – Pana Wołodyjowskiego, Potop oraz Ogniem i mieczem. Tym bardziej zatem trudno uwierzyć, że spod ręki Hoffmana mogła wyjść produkcja tak koszmarna jak 1920. Bitwa Warszawska, słusznie uważana za jeden z najgorszych filmów ostatnich lat. Najwyraźniej twórczy instynkt nie jest dany raz na zawsze, omawiany dziś film to zaś najlepszy przykład tego, co się dzieje, kiedy artysta nie dostrzega, iż bezpowrotnie go stracił.
Klasyk kina akcji. Grupa najemników ląduje w środkowoamerykańskiej dżungli, by uratować porwanego polityka. Nikt z żołnierzy nie spodziewa się, że o wiele większym zagrożeniem niż partyzanci będzie mordercza istota z Kosmosu. Jak to zwykle u McTiernana bywa, śledzimy losy twardych facetów strzelających z czego tylko się da i wysadzających wszystko, co można zdetonować. Predator nie jest jednak zwyczajnym katalizatorem adrenaliny: wrażenie robi świetnie poprowadzona akcja, autentyzm świata przedstawionego, a także pomysłowe zabiegi techniczne w czasach raczkującego CGI. Niestety, w tej pracującej na najwyższych obrotach maszynie chrzęści kilka zapiaszczonych kół zębatych. Najgłośniej zgrzyta rola Arnolda Schwarzeneggera, który został zatrudniony przede wszystkim ze względu na muskulaturę, a nie talent aktorski. Na tle nieco kartonowych, ale przekonująco wykreowanych sylwetek współtowarzyszy broni wypada on po prostu blado, bardziej jako archetyp macho, nie zaś dopracowana psychologicznie postać. Nie da się także ukryć, że z perspektywy bez mała czterdziestu lat film nie wywołuje już takiego wrażenia jak kiedyś. Być może jest to wynik tego, iż fabuła nadaje się do jednokrotnego obejrzenia, co nie dziwi, biorąc pod uwagę, że suspens opiera się na niewidocznym w pierwszej połowie zagrożeniu, które – zidentyfikowane – nie potrafi już wzbudzić tych samych emocji. Mimo swych ograniczeń, Predator to nadal solidny kawał kina akcji, który zestarzał się całkiem nieźle. Na niezobowiązujący filmowy wieczór – jak znalazł.
Dwójka nowojorskich policjantów zatrzymuje japońskiego przestępcę, którego mają przetransportować do ojczyzny. Oskarżony jednak ucieka, Amerykanie ruszają zaś w pogoń za zbiegiem. W teorii opis ten, brany w raz z rokiem produkcji, sugeruje, iż będziemy mieli tu do czynienia z klasycznym dla lat osiemdziesiątych tzw. cop movie.
Teatr trójki autorów. Nieporadny i neurotyczny księgowy mafii (Topher Grace) ma zeznawać przeciwko swym szefom. Ochronę ma mu zapewnić agentka U.S. Marshals (Michelle Dockery). Na drodze stanie im pilot samolotu (Mark Wahlberg), którego zadaniem jest zabicie policjantki i transportowanego przez nią świadka.
Jako że od upadku PRL mijają kolejne lata, nie może dziwić, iż rodzimi filmowcy z rozrzewnieniem spoglądają w przeszłość i coraz większą liczbę produkcji osadzają w epoce słusznie już minionej. Niestety, efekt końcowy rzadko kiedy jest interesujący, najpewniej dlatego, że przy wykorzystaniu typowego budżetu polskiej produkcji można co najwyżej zbudować skansen, a nie pełnoprawny, tętniący życiem świat z przeszłości.
Bezimiennym Miastem wstrząsa fala morderstw. W pościg za sprawcą ruszają policyjny weteran, Somerset (Morgan Freeman) oraz nowicjusz, Mills (Brad Pitt). Okazuje się, że zbrodnie nie są przypadkowe, a stojąca za nimi potworna myśl o krok wyprzedza działania stróżów prawa. Już ten krótki opis powinien wskazywać, że największym atutem Siedem jest fenomenalny, świetnie pomyślany scenariusz.
Wydawałoby się, że nie ma nic prostszego, niż nakręcić nową część serii Krzyk. Wystarczy odważnie zaczerpnąć z przebogatego katalogu klisz, którymi posługują się dzisiejsze filmy grozy, a następnie oddać je kreską zjadliwego karykaturzysty i przyprawić szczyptą samoświadomości. Na takiej zasadzie opierały się wszak poprzednie cztery części, nakręcone przez Wesa Cravena, z których każda okazała się mniejszym lub większym sukcesem artystycznym. Współczesne Hollywood po raz kolejny jednak dowodzi, że nie rozumie, na czym polega gra konwencją, metakomentarz czy pastisz. A nawet jeżeli rozumie, to zupełnie nie potrafi iść w ślady starych mistrzów, dla których kino to przede wszystkim inteligentna zabawa, nie zaś nośnik pompatycznych banałów dla wiecznych trzynastolatków.
Młody nuworysz i cynik Maciej jedzie do rodzinnej miejscowości na Białostocczyznę. Po drodze zabiera tajemniczego autostopowicza, Damiana. Tymczasem w nieodległym Tykocinie trwają przygotowania do procesji z okazji Bożego Ciała. Film Kwiecińskiego zadaje bardzo ważne pytania dotyczące wiary i niewiary.
Dokumentalna historia poświęcona Teresie Tuszyńskiej, prostej dziewczynie z warszawskiej – robotniczej naówczas – Woli. Tuszyńska w latach 60. XX wieku cieszyła się sławą jednej z najpiękniejszych gwiazd filmowych. Niestety, nałóg alkoholowy sprawił, że kariera gwiazdy znanej chociażby z Do widzenia, do jutra Janusza Morgensterna bardzo szybko dobiegła końca, przez co ostatnie ćwierć wieku Tuszyńska spędziła w zapomnieniu, borykając się z nałogiem.