W imię uczciwości wyjdę od szczerego, acz kontrowersyjnego wyznania: nie jestem wielkim fanem ani Gamma Ray, ani power metalu w ogólności. Owszem, z recenzenckiego obowiązku znam dorobek Helloween czy Sabaton, ale otoczka tego gatunku – podniosłe riffy, rozpędzona podwójna stopa, falsety i cała ta celowo kiczowata stylistyka – stanowią dla mnie przeszkodę nie do pokonania. I choć wiem, że dla niektórych takie stwierdzenie może ocierać się o zbrodnię obrazy majestatu, od razu przejdę do drugiego, być może nie mniej kontrowersyjnego punktu: Sigh No More to dla Gamma Ray krążek bardzo nietypowy, a do tego komercyjnie najmniej udany – a zarazem najwybitniejsze być może osiągnięcie w dziejach zespołu. Ba! Jest ono na tyle dobre, że pomimo trzydziestki na karku, niewiele współczesnych kapel jest w stanie zagrać z taką werwą, ironią i finezją jednocześnie.
Wyjdźmy od podstaw. Twórca i filar Gamma Ray, Kai Hansen, nabierał w latach 80. praktyki we wspomnianym już wcześniej Helloween. Wpływy te wyraźnie słychać na debiucie jego późniejszego projektu – Heading for Tomorrow to rozmach, epickie sekcje gitary, niezatrzymujące się bębny i nietypowe linie wokalne, przywodzące na myśl podniosłą pieśń wojenną z czasów Wikingów. Tym trudniej uwierzyć, iż drugie wydawnictwo, które ukazało się zaledwie półtora roku później, stanowi radykalne zerwanie z tą estetyką. Sigh No More całkowicie rezygnuje z całej pompy, spuszcza powietrze z nadmuchanego balona i proponuje na pozór zwyczajny, ale piekielnie inteligentny i porywający hard rock z umiarkowanymi wpływami klasycznego heavy metalu.
Tę stylistyczną woltę słychać już od pierwszej piosenki: na Changes – a dokładnie na jego pierwszą część – składa się prosty rytm w 4/4 (stopa-werbel-stopa-werbel), podbity skromną, rozlewającą się, praktycznie pozbawioną przesteru gitarą, a także melodia – okazjonalnie uderzająca w górne rejestry, ale znacznie bardziej zwyczajna, choć nośna tak bardzo, że trudno się od niej oderwać. I nawet jeżeli w późniejszych utworach tempo potrafi przyspieszyć, a gitara zagrać bardziej twardo i zdecydowanie, to mimo wszystko otwarcie stanowi klucz, który ustanawia dla Sigh No More naczelną stylistykę. Na bardzo podobnych patentach oparty jest np. (We Won’t) Stop the War, którego rytm w zwrotkach niesie się z takim groove’em, iż głowa bezwiednie buja się na karku. Nieco szybciej, ale z podobną werwą zagrano The Spirit – utwór, któremu za sprawą wokalu i riffu najbliżej chyba do tego, co w owym czasie proponował Van Halen. Każdy z tych kawałków to porcja świetnych linii gitar i jeszcze lepszych melodii, które potrafią przylgnąć od pierwszego przesłuchania.
Rzecz jasna Gamma Ray nie rezygnuje z szybszego, bardziej power metalowego oblicza, ale jest ono precyzyjnie odmierzane, przez co stylistyka ta stanowi dodatek, a nie danie główne. Weźmy As Times Go By napędzany rytmem utrzymanym nie tylko w tempie czysto punkowym, ale także w odnośnej stylistyce. Gęsta stopa, podbita fenomenalną nutą Hammonda, odzywa się wyłącznie na krótką chwilę, a do tego dosłownie na kilka sekund. Start Running od perkusyjnego otwarcia pędzi jak pociąg, zasilany wypadkową wokalu à la Iron Maiden i rockandrollową energią Motörhead. Efekt? Absolutnie wybitny, głównie za sprawą powalającej linii wokalu, a także znakomitych dialogów gitarowych solówek. Najbardziej chyba typowy dla Gamma Ray jest natomiast utwór One With the World, którego refreny wreszcie można zakwalifikować jako coś zbliżonego melodyką do klasycznego power metalu. Jak gdyby jednak dla zmylenia zaskoczonego stylistyczną woltą słuchacza, utwór ten umieszczono zaraz za Father and Son – bez mała balladą, w której dużą rolę odgrywa nie tylko gitara akustyczna, ale także grunge’owy nerw przywodzący na myśl Stone Temple Pilots albo Pearl Jam.
Dużo jak na jedną płytę? Możliwe, ale ta różnorodność stylistyk, patentów i rozwiązań nie stanowi przypadkowej zbieraniny, lecz przemyślany zbiór osnuty wokół szacunku do klasyki hard rocka przy jednoczesnej próbie maksymalizacji przystępności. Ta ostatnia objawia się przede wszystkim w szorstkim, ale melodyjnym wokalu Ralfa Scheepersa, a także gitarze Hansena, który z talentem godnym linoskoczka przechodzi między rozszalałymi solówkami, rozlanymi, przestrzennymi riffami i ciosanym brzmieniem tłumionych strun. Ostatecznego zerwania z power metalem dokonano na poziomie warstwy tekstowej. Ani słowa o podniosłych sprawach, za to mnóstwo ciętej, niestroniącej od cynizmu ironii skierowanej przeciwko celebrytom (Rich and Famous), próbom zaprowadzenia pokoju na świecie (wspomniany wcześniej (We Won’t) Stop the War) czy… trudach tworzenia muzyki rockowej (Countdown). Jednym słowem: słychać, że członkowie Gamma Ray bawią się znakomicie, a słuchacz czerpie frajdę razem z nimi.
Oczywiście, nieżyczliwy odbiorca mógłby szukać wad, lecz nawet jeżeli by je znalazł – na przykład w fakcie zatracenia własnego stylu czy odejściu od wypracowanego na debiucie kierunku artystycznego, to jednemu nie mógłby zaprzeczyć: Sigh No More to płyta nagrana z pasją, sercem i niekwestionowaną miłością do muzyki. I to wszystko słychać od pierwszej do ostatniej nuty. Niewymuszone eksplorowanie nieznanych muzycznych terytoriów, kombinowanie z rytmami, instrumentarium i aranżami, swoboda w komponowaniu i bezbłędna technika dają efekt w postaci – nie boję się tego powiedzieć – jednej z najlepszych płyt heavy metalowych lat 90. I choć Gamma Ray na kolejnych wydawnictwach zawróci z obranego tu kierunku, krążek ten stanowi wynik fascynujących, a przede wszystkim bardzo udanych poszukiwań. Mój jedyny zarzut? Chcę więcej – a więcej już nie dostanę.