Najpierw kilka stopni do góry, potem zakręt w lewo, kolejna klatka schodowa, dwa piętra w dół, wąski, ciemny korytarz, w którym siedzą realizatorzy. Wreszcie widownia i scena, choć użycie spójnika „i” jest tutaj nie na miejscu – obie dzieli co najwyżej pół metra nagiej, betonowej podłogi. Czy w ogóle jesteśmy jeszcze w teatrze? W pewnym sensie bez wątpienia tak: są aktorzy oraz widzowie, jest tekst i akcja. A jednocześnie nie jest to oczywiste. Tkwimy przecież w czarnym tunelu, w którym rozgrywają się migawki z życia osaczonego przekleństwem cielesności artysty. Wraz z nim zeszliśmy do podziemi, pod ulicę Wierzbową, poza mury świątyni Melpomeny. Fakt bycia w dosłownym sensie poza teatrem każe zdać sobie sprawę, że chodzi o coś więcej – o samo życie. Scena jest w istocie pusta, show się skończyło, pozostało jeszcze rozliczyć się i dokonać résumé. A potem odejść.
Starość i śmiertelność to obsesja w późnej twórczości Tadeusza Różewicza. Niekiedy motyw ten pojawia się u niego w formie stosunkowo lekkiej – jak w tragikomedii Na czworakach. W Duszyczce jednak nie ma miejsca na humor: jesteśmy w samym sercu królestwa Charona, który każe traktować rzeczy z należytą powagą. Takie też piętno odcisnął na spektaklu Jerzy Grzegorzewski. Duszyczka to jedna z jego ostatnich realizacji, wystawiona na niecałe półtora roku przed śmiercią. Reżyser zdaje się tu antycypować nadchodzący koniec, choć trudno rozstrzygnąć, by był on świadomy, że spektakl stanie się jego epitafium, które po szesnastu latach od premiery nie zestarzało się, nie rozlazło – jak o długo granych sztukach mawiał Stanisław Różewicz, brat Tadeusza – za to wciąż uderza w widzów z tą samą, surową i brutalną siłą.
Czym jest zatem Duszyczka? Najwięcej być może mówi o niej sam tytuł. Dusza to jedna z podstawowych kategorii ludzkiego myślenia, żywa już w religiach animistycznym, a podniesiona do rangi Boga przez kolejne pokolenia mistyków i filozofów: orfików, pitagorejczyków, Platona czy myślicieli aleksandryjskich, za sprawą których przesączyło się ono do chrześcijaństwa. Różewicz – wbrew tym powagom – umniejsza jej rolę, bagatelizuje i trywializuje. Dlaczego? Otóż dlatego, że w ostatecznym rozrachunku to nie ona kieruje człowiekiem. Tym ostatnim rządzi bez wątpienia ciało. Jego popędy i potrzeby – zwłaszcza seksualne, bo to na nich koncentruje się spektakl – sprawiają, że przez dużą część życia dusza przygląda się z niedowierzaniem, bezsilna, podległa afektom i namiętnościom. W swej słynnej alegorii, którą znaleźć można w Fajdrosie, Platon przedstawia duszę rozumną jako woźnicę, która próbuje opanować dwa konie: chuci i porywczości. Autor sztuki zdaje się wykorzystywać ten sam motyw, ale pyta: czy tak niewprawny woźnica, który co i rusz daje się ponieść znarowionym wierzchowcom, może mieć coś z Boga? Odpowiedź wydaje się oczywiście przecząca. Skoro zaś tak, to przestańmy mówić o Duszy przez duże D.
Metaforą wzmiankowanych potrzeb ciała jest pięć kobiet, które swego czasu weszły w romans z R. (Jan Englert), poetą, który – jeśli właśnie nie zdradza, nie rani i nie wykorzystuje – zadaje wielkie pytania o prawdę oraz nieśmiertelność. Kobiet, które oddały mu swoje ciało, było zapewne o wiele więcej, ale owa piątka to przypadki szczególne: one szczerze przeżyły porzucenie, które odcisnęło na nich trwałe piętno. Teraz pojawiają się jako mroczne cienie, nawiedzające poetę i dręczące go. Histeryzują, błagają, kokietują, denerwują się, śmieją, drażnią z R. – niczym zmory wysysają z niego życie. Przede wszystkim jednak uświadamiają mu, że wyjątkowy status, którym – jako artysta – cieszy się w społeczeństwie, skrywa chłód, obojętność oraz niezaspokojoną żądzę.
Różewicz się temu nie dziwi, lecz raczej podnosi ten problem ze zrozumieniem. Poeta to człowiek, człowiek to głównie ciało, ciało zaś cały czas łaknie więcej. W gruncie rzeczy jesteśmy przecież zwierzętami, które po swych przodkach wyniosły cały bagaż służących przetrwaniu (ciała!) instynktów, powierzechownie – jak dowodzi R. – przykryty kulturą. Sęk w tym, że bez względu na te zabiegi ciało jest śmiertelne. Owo opętanie fizjologiczną wręcz metafizyką martwego ciała pojawia się w Duszyczce przy okazji kilku monologów, między innymi w tym, który otwiera spektakl. Czym bowiem jest ciało? To mięśnie, ścięgna i kości – coś, co umiera i rozkłada się, co można wyciągnąć na wierzch, pokroić, zbadać oraz zaszyć z powrotem. Trudno o bardziej dobitny argument, świadczący że posiąść ciało to ostatecznie posiąść nicość. Nie oznacza to jednak, że za schlebianie tej nicości nie płaci się ceny. Wprost przeciwnie: Różewicz za miejsce akcji obrał miejsce pokuty, swoisty czyścieć. Karą za niegodziwości R. jest spotkanie z kobietami, które skrzywdził. Dzięki temu może po raz pierwszy zajrzeć w ich dusze – a może raczej duszyczki, wszak one również uległy ciału – czyli ujrzeć je takimi, jakie naprawdę są. W tragicznym poecie jest coś z Orfeusza à rebours, który nie tylko pragnie uciec z podziemi, ale chce z nich ujść sam, bo zamiast Eurydyki, znalazł Erynie. Oczywiście nie jest to możliwe, bowiem droga pozwalająca opuścić czyściec jest tylko jedna. „Wsadzony do ciemnicy, odpowie za wszystkie swoje czyny i nie wyjdzie stamtąd, aż ostatni grosz zwróci” (Mt 1, 5). I R. istotnie wychodzi. Pod koniec spektaklu jedna z postaci zapisuje kredą na tablicy po łacinie: „I ja w Raju”. Ekspiacja najwyraźniej się udała: duszyczka stała się znowu duszą. Mimo to o żadnym szczęśliwym zakończeniu mowy nie ma.
Spektakl Grzegorzewskiego to swoista układanka, kolaż postaci, rekwizytów i monologów, który każdy może ułożyć sobie na swój sposób. Czy elementy, zestawione powyżej w eschatologiczną opowieść o słabości duszy i jej zbawieniu, można poskładać inaczej? Z pewnością tak. Dzięki temu dramat można odczytać zarówno jako próbę przeciwstawienia się świeckiemu materializmowi, jak i psychologicznie przejmujący portret twórczej niemocy lub kryzysu wieku średniego. Oryginalny poemat Różewicza nie daje przecież żadnego klucza interpretacyjnego, sztuka zaś pozostaje wierna temu założeniu. W tym względzie treść Duszyczki pozostaje płynna, a może raczej – przybiera tę postać, jaką nada jej widz. Inaczej jest z wycyzelowaną formą. Dojmująca bliskość aktorów oraz intymny wręcz związek z przedstawianymi wydarzeniami dają przytłaczające poczucie osobistego uczestnictwa w emocjonalnie niełatwym przecież spektaklu. Ów ciężar jednak bezmiernie wciąga i absorbuje, dlatego – choć nie daje wielkiej przyjemności – nie pozostawia obojętnym.
To zadziwiające, że Duszyczka po szesnastu latach wciąż znajduje się na afiszu.* Czy w grę wchodzą tu jej walory artystyczne, popularność, jaką cieszy się wśród widzów, a może chodzi o zachowanie schedy po Grzegorzewskim? Można jedynie domniemywać, że każdy z tych powodów sprawia, iż wciąż można na nieco ponad godzinę zejść do podziemia, by ujrzeć wybitnych aktorów w sztuce wybitnego pisarza zrealizowanej przez wybitnego reżysera. Duszyczka to symbol – nomen omen – artystycznej nieśmiertelności, w której z pewnością warto choć przez chwilę partycypować.
* Słowa te pisałem w dziwnym roku 2020. Nie byłem wówczas świadomy, iż uczestniczę w jednym z ostatnich – jeżeli nie ostatnim – przedstawieniu dramatu. Dziś odczuwam szczerą wdzięczność losowi, że miałem okazję wziąć udział w tym wyjątkowym wydarzeniu.