David Fincher to dla mnie od zawsze i na zawsze Siedem. Niestety, im reżyser starszy, tym jego instynkt do tworzenia dobrych produkcji okazuje się bardziej stępiony. Tragiczny Mindhunter, źle opowiedziany Skorpion i głupi w swoim zamyśle The Social Network to przykłady najnowsze. Azyl pokazuje natomiast, że reżyser zaczął obniżać loty znacznie wcześniej, bo już na początku tego wieku.
Agentka FBI, obdarzona jakoby mocami parapsychicznymi, rusza w pogoń za tajemniczym człowiekiem, który zamieszany jest w sprawy powtarzających się od trzydziestu lat morderstw. Jak się okazuje, sprawa jest dużo bardziej pogmatwana i mroczna, niż początkowo mogłoby się zdawać. Cieszący się niezwykłym powodzeniem wśród tzw. profesjonalnej krytyki ni to thriller, ni pełnoprawny horror, wrażenie może robić co najwyżej bardzo statycznymi, pieczołowicie odmierzonymi kadrami i klimatem.
Tytułowy zabójca, wykonujący morderstwa na zlecenie, zawodzi podczas jednego z zamachów. Ścigany przez byłych pracodawców, chce się zemścić, choć nie bardzo wiadomo, za co, skoro – jak dowiadujemy się z dalszej części – likwidacja nierzetelnego killera to standardowa praktyka stosowana w świecie płatnych zabójstw. Fincher, który lata temu był jednym z moich ulubionych reżyserów, już od lat nie nakręcił niczego, co zbliżałoby się do jego najwybitniejszych osiągnięć w rodzaju Siedem.
Mroczny thriller na podstawie książki Denisa Lehane’a, która w naszym kraju ukazała się pod tytułem Wyspa skazańców. Szpital psychiatryczny na odciętym od świata, otoczonym wodą skrawku lądu gdzieś w Nowej Anglii. Dwójka policjantów bada zaginięcie jednego z pacjentów. Sprawa szybko okazuje się na tyle tajemnicza, iż podejrzenia jednoznacznie wskazują na personel placówki, który kolektywnie bierze udział w mrocznej intrydze. Wyspa tajemnic to film, który broni się przede wszystkim fenomenalną fabułą.