Menu Zamknij

Kategoria: Teatr

Stowarzyszenie Umarłych Poetów

Tom Schulman, Stowarzyszenie Umarłych Poetów. Emancypanci

Stowarzyszenie Umarłych Poetów łatwo sprowadzić do apologii nastoletniej wolności i prawa do samostanowienia. Całe szczęście w rękach Piotra Ratajczaka tekst zadaje znacznie głębsze pytania, na które odpowiedzi wcale nie są oczywiste. Dzięki temu przesłanie sztuki jest staje się tyleż subtelne, co niepokojące. 

Recenzja powstała we współpracy z Teatrem Polonia, który dostarczył zaproszenie na spektakl. Współpraca nie ma wpływu na ostateczny kształt recenzji.

Wydawać by się mogło, że temat podejmowany w Stowarzyszeniu Umarłych Poetów został już zupełnie wyczerpany – najpierw przez słynny film Petera Weira, a następnie przez powstałą na bazie tej produkcji książkę autorstwa Nancy Kleinbaum. Historia młodzieńczego buntu przeciw bezdusznie narzucanym zasadom społecznym, ograniczającym pasje i wolność do własnej ekspresji – choć w pewnym wieku może się mieć szczególną siłę przekonywania – sprawia mimo wszystko wrażenie mało odkrywczej.

Cravate Club

Fabrice Roger-Lacan, Cravate Club. Ile zrobisz dla krawata?

Recenzja powstała we współpracy z Teatrem Polonia, który dostarczył zaproszenie na spektakl. Współpraca nie ma wpływu na ostateczny kształt recenzji.

Architekt Bernard (Wojciech Malajkat), nie może uznać kończącego się właśnie dnia za nieudany. Akurat dziś wypadają jego pięćdziesiąte urodziny. Z tej okazji jego żona organizuje przyjęcie–niespodziankę, o którym – jak to zwykle w takich przypadkach bywa – mężczyzna dobrze wie.

Och-teatr, Wspólnota mieszkaniowa

Jiří Havelka, Wspólnota mieszkaniowa. „Oto modlitwa Polaka…”

Recenzja powstała we współpracy z Och-Teatrem, który dostarczył zaproszenie na spektakl. Współpraca nie ma wpływu na ostateczny kształt recenzji.

Podobno z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach. A jak wypada się z sąsiadami, z którymi na ogół nie łączy nas nic, prócz miejsca zamieszkania? Jiří Havelka, autor Wspólnoty mieszkaniowej, udziela na to pytanie odpowiedzi jednoznacznej, choć pesymistycznej – fatalnie.

Wstyd

Marek Modzelewski, Wstyd. Żeby ludzie nie gadali

Marek Modzelewski ma niezwykły dar tkania fascynujących opowieści z dobrze znanych motywów, które w rękach kogoś innego zmieniłyby się w kabaretowy skecz. Nie inaczej jest ze Wstydem: stylistyka weselna zaprasza do przaśności i tylko talent autora (a także reżysera) pozwalają wydobyć z tego dobrze znanego motywu głębszą analizę socjologiczną. 

Rosół, schabowy, ciasta, koreczki, a także – jakżeby inaczej – dużo wódki. Orkiestra właśnie się stroi, obsługa nerwowo biega między stołami, a goście lada chwila zaczną zjeżdżać się z kościoła. Typowe wesele? Otóż nie tym razem. Okazuje się bowiem, że – jak w powieści Heleny Mniszkówny, tylko à rebours – pan młody w ostatniej chwili uciekł sprzed ołtarza. Jak teraz wyjść na środek i oznajmić: „Nie ma wesela. Wszyscy do domu”? Co ludzie powiedzą, co powie ksiądz dobrodziej, jak przeżyć to upokorzenie?

Inteligenci

Marek Modzelewski, Inteligenci. Wstyd

Przy odrobinie chociaż większej finezji dramat Inteligenci stanowiłby interesujący głos na temat konsekwencji podziałów i sporów dręczących polskie społeczeństwo. Niestety, napisana – a co gorsza grana – jak zwyczajna farsa sztuka wpada w ton wręcz kabaretowy. Nic dziwnego, że przesłanie, które ma z niej płynąć, wypada równie prostacko i nieprzekonująco, co reszta jej treści.

Niewielu jest w naszym kraju autorów tak bezkompromisowo karykaturujących klasę średnią jak Marek Modzelewski. Swych ponadprzeciętnych zdolności w tym względzie najdobitniej dowiódł on we Wstydzie – fenomenalnym dramacie, zderzającym postawy dwóch całkowicie odmiennych par: kabotyńskich prowincjuszy i miejskich dorobkiewiczów. W Inteligentach fundamentalne pęknięcie, stanowiące zarzewie konfliktu, przebiega w innym miejscu – a de facto w wielu punktach jednocześnie, dotyczy bowiem szeroko pojętych przekonań: politycznych, religijnych i obyczajowych.

Zamek

Franz Kafka, Zamek. Ruiny

Zamek Franza Kafki to tekst wewnętrznie już zdekonstruowany, bo nie tylko niedokończony, ale też odporny na interpretacje. Stąd wydaje się, że przełożenie tekstu na język teatru powinno polegać na nadaniu kierunku i zaproponowaniu spójnej wizji, nie zaś na dodawaniu kolejnej warstwy – postmodernistycznej tym razem – fragmentacji, symboliki i metaforyki. Decyzja Pawła Miśkiewicza, by mimo wszystko wybrać to drugie rozwiązanie, okazała się zgubna dla inscenizacji.

Jedna z nowszych premier Teatru Narodowego (która jednak – o ile mi wiadomo – od czasu publikacji pierwotnej wersji tej recenzji zdążyła spaść z afisza) sięga do tekstu zaliczanego w poczet najtrudniejszych w literaturze XX wieku. Zamek Franza Kafki to swoista powieść-kameleon, co wynika nie tylko z faktu, iż – podobnie jak w przypadku innych dzieł praskiego pisarza – dysponujemy jej niedokończonym szkicem, ale również stąd, że w założeniu ma być ona surrealistyczną impresją, w której fabuła pełni funkcję drugorzędną. Paweł Miśkiewicz dowodził jednak niejednokrotnie, iż takie wyzwania są mu niestraszne.

Śnieg

Stanisław Przybyszewski, Śnieg. Serce skute lodem

Trudno powiedzieć, by Młoda Polska z całym swym charakterystycznym bagażem programowym przemawiała do współczesnego odbiorcy. Całe szczęście, Anna Gryszkówna jest w stanie uniknąć pułapki intelektualnie nieatrakcyjnego rusztowania i dotrzeć do interesującej historii miłosnego czworokąta. Na pozór klasyk – ale w podanej formie ogląda się go znakomicie.

Gdyby Stanisław Przybyszewski żył dziś, z pewnością zostałby okrzyknięty literackim celebrytą, a o jego wybrykach rozpisywałyby się wszystkie portale plotkarskie. Biografia pisarza daje wgląd w życie skandalisty, budzącego obyczajowe kontrowersje zarówno nad Renem, jak i nad Wisłą. Jednocześnie nie sposób odmówić mu zasług stricte artystycznych: wszak nie tylko zaliczał się on do czołowych postaci berlińskiej bohemy końca XIX wieku, ale przede wszystkim należał do najważniejszych przedstawicieli tradycji młodopolskiej.

Słoneczna linia

Iwan Wyrypajew, Słoneczna linia. Góry lodowe

Fan teatru, słysząc o kolejnej komedii małżeńskiej, może wzruszyć ramionami w przekonaniu, że oto komercyjna instytucja wystawia kolejną farsę – może i zabawną, ale zarazem pozbawioną głębszej treści. Kiedy jednak za sztukę odpowiada Iwan Wyrypajew, wiadomo, że o standardowym spektaklu mowy być nie może. Słoneczna linia to kolejna z jego fantastycznych inscenizacji, wywracających na nice oczekiwania widza.

Recenzja powstała we współpracy z Teatrem Polonia, który dostarczył zaproszenie na spektakl. Współpraca nie ma wpływu na ostateczny kształt recenzji.

„Nie ma miłości tam, gdzie jest indywidualna wolność i niezależność, to po prostu kłamstwo. Miłość istnieje tylko w pragnieniu unicestwienia, stopienia się, indywidualnego zniknięcia, w swego rodzaju, jak to dawniej określano, bezbrzeżnym uczuciu”.

Sonata jesienna

Ingmar Bergman, Sonata jesienna. Bezustanna gra

Relacje rodzinne to dla wielu osób temat trudny i bolesny. Wiedząc o tym, Grzegorz Wiśniewski mógł zainscenizować tekst Ingmara Bergmana bezpiecznie dla widzów i aktorów, łagodząc jego wydźwięk, albo – wprost przeciwnie – stworzyć spektakl o niekontrolowanej lawinie brudnych uczuć wyzwalanych przez patologiczny związek matki z córką. Wybrał drugą z tych opcji – z bezapelacyjną korzyścią dla efektu końcowego.  

Ingmar Bergman nigdy nie ukrywał, że sztuka ma dla niego wymiar nie tylko estetyczny, ale również – a może nawet przede wszystkim – terapeutyczny. Nie dziwi zatem, że każde jego dzieło można odczytywać w kluczu biograficznym. Sonata jesienna nie stanowi pod tym względem wyjątku. Szwedzki reżyser zwykł mawiać: „Moi rodzice zrobili wszystko, żeby zniszczyć życie swoim dzieciom”, jego scenariusz jest zaś dobitną próbą rozliczenia się z destrukcyjnymi relacjami rodzinnymi, w szczególności tymi, które łączyły z matką.

Jarosław Marek Rymkiewicz, Ułani. Giń, piękny ułanie!

Narodowe mity można dekonstruować na co najmniej dwa sposoby. Niektórzy uważają, że najlepszy (a może nawet jedyny możliwy) z nich to bezlitosna krytyka, drwina i cyniczna ironia. Inni jednak wybierają narzędzie życzliwej z gruntu, choć nie mniej bezpardonowej groteski i satyry. Tekst Jarosława Marka Rymkiewicza zalicza się do drugiej kategorii: to – fakt – pamflet, ale pisany miłością, a nie czarną żółcią.

W jednej z najbardziej zapadających w pamięć scen Trans-Atlantyku Witolda Gombrowicza bohater – alter ego pisarza – stoi na nabrzeżu i patrzy na oddalający się statek Chrobry, na którym jego rodacy udają się do Ojczyzny, by spełnić odwieczny obowiązek i bronić jej własną krwią przed niemiecką nawałą. „A płyńcież wy, płyńcież Rodacy do Narodu swego!” – krzyczy narrator. – „Płyńcież do Stwora tego św. Ciemnego, co od wieków zdycha a zdechnąć nie może!”.