Specjalista od książek biograficznych (vide: Tuwim. Wylękniony bluźnierca i Broniewski. Miłość, wódka, polityka) jedną ze swych pierwszych prac poświęcił legendarnej postaci warszawskiej bohemy lat 50. Na tom składają się wypowiedzi kilkudziesięciu osób, które znały literata osobiście. Niestety, Tyrmand, który wyłania się z tych opowieści, jest równie niejednoznaczny, co w prawdziwym życiu. Każda z osób ma nieco inną optykę, przez co – oprócz kilku powtarzających się historii – trudno jest wyciągnąć z nich wspólną treść. Razi również zupełne zbycie milczeniem niezbyt chlubnej młodości Tyrmanda, a także jego losów na obczyźnie. Ogólnie zresztą rzecz biorąc, książka w swej kompozycji jest zachowawcza, by nie powiedzieć – leniwa. O wiele lepiej prezentowałaby się ona, gdyby podziału na poszczególnych rozmówców zaproponować układ chronologiczny, stanowiący patchwork różnych wypowiedzi, jak w fenomenalnej książce Zagrani na śmierć Tomasza Lady. Mimo wszystko Zły Tyrmand nie jest – nomen omen – zły i świetnie sprawdzi się jako wprowadzenie do biografii tytułowego bohatera. Szkoda jedynie, iż ten ostatni po lekturze wciąż przypomina Kota z Cheshire – widać jego uśmiech, ale osobowość rozwiana jest niczym dym.
Czytanie poetów nie jest dziś w modzie. I choć być może nigdy nie było, to obecnie liryka kojarzy się niemal wyłącznie ze szkołą, w której dociekania „co poeta miał na myśli?” zastępują znacznie bardziej zasadne pytanie „co poeta chce powiedzieć mnie?”. Nic zatem dziwnego, że – jak zauważała Wisława Szymborska – tylko niektórzy lubią poezję.