Pod tytułem Chamowo skrywa się dziennik, jaki Białoszewski prowadził w latach 70., po zamieszkaniu w jednym z warszawskich bloków, tzw. mrówkowcu, któremu zresztą poświęcił kilka utworów (m.in. znany Ja stróż latarnik). Poeta zajął mieszkanie na najwyższym, jedenastym piętrze, skąd mógł obserwować otoczenie bliższe i dalsze. Szczególnie intrygujące okazuje się to pierwsze: prości robotnicy, chłopi, ale i inteligencja, słowem – obcy, zupełnie różni ludzie upchnięci nagle na ograniczonej powierzchni, którą muszą współdzielić.
Dzienniki Anny Kowalskiej wydają się wręcz predestynowane do sukcesu. Ich autorką jest pisarka znana ze stylu powściągliwego, wręcz chłodnego, a same zapiski obejmują lata niezwykle ciekawe – dwudziestolecie międzywojenne we Lwowie, wojenną tułaczkę, wreszcie okres stalinowski, a następnie tzw. odwilż. Niestety, ani historii, ani pięknej literatury nie ma tu zbyt wiele.
Jakiś czas temu, przy okazji omawiania Opowiadań greckich, pisałem że Anna Kowalska – ta od Dąbrowskiej, jak głosi tytuł wydanej biografii lwowskiej literatki – to postać niesłusznie zapomniana. Wśród wielu czynników winę za ten stan rzeczy ponosi między innymi fakt, że po jej śmierci ukazało się zaledwie jedno wznowienie jej dzieł. W rezultacie od lat 70. twórczość Kowalskiej pozostaje praktycznie martwa. Rok 2008 przyniósł pod tym względem istotną zmianę – wtedy bowiem ukazały się długo oczekiwane dzienniki pisarki.
Książka stanowi dość obszerny, bo liczący bez mała 500 stron, diariusz niemieckiego pancerniaka, który wraz ze swoją załogą walczył m.in. pod Leningradem, następnie zaś przeniósł się pod Moskwę i Stalingrad. Rzeczoną publikację można rozpatrywać w dwóch porządkach. Jako opowieść o wojnie, nie dorównuje ona najlepszym wzorcom, np. Krwawemu śniegowi Güntera Koschorrka. Sander jest słabym pisarzem, a w jego opisach kampanii rosyjskiej trudno doszukiwać się walorów literackich.