Trudno dociec, co decyduje o tym, że jedne filmy cieszą się nieśmiertelnością, inne natomiast nikną pod warstwą kurzu i patyny, czekając na ponowne odkrycie. Niekiedy przyczyną rzeczywiście okazują się mierne walory artystyczne, niesatysfakcjonująca fabuła czy fatalna realizacja. Na ogół jednak czynnikiem decydującym o zapisaniu się w historii lub przepadnięciu w jej odmętach jest ślepy traf.Za przykład może posłużyć Szansa, powstała zaledwie dwa lata po Wodzireju, jednej z najbardziej znanych produkcji Feliksa Falka, lecz bez szans na podobny rozgłos. Ba – można odnieść wrażenie, że wraz z upływem czasu popada w coraz większe zapomnienie. Niestety, zupełnie niesłuszne.
Bohaterem filmu jest Krzysztof Janota (Krzysztof Zaleski), były zawodnik piłki ręcznej. Borykając się z problemami zdrowotnymi, które wykluczają dalszą karierę, podejmuje on pracę jako nauczyciel wychowania fizycznego. Jego bezkompromisowe metody sprawiają, że szkolna drużyna szczypiorniaka zaczyna odnosić coraz większe sukcesy. Szybko nawiązuje on również współpracę z lokalną firmą, która dofinansowuje szkołę. Dzięki temu Janota zyskuje przychylność sceptycznego dotąd dyrektora i części grona pedagogicznego. Apodyktycznemu podejściu trenera przeciwstawia się jednak nauczyciel historii, Zbyszek Ejmont (Jerzy Stuhr). Jako jeden z niewielu pracowników szkoły, dostrzega on, że niektórzy uczniowie nie są w stanie wytrzymać ciągle rosnącej presji. Nikt jednak nie podziela jego obaw – do czasu, gdy jeden z uczniów próbuje popełnić samobójstwo.
Na podstawie tego lakonicznego opisu można by dojść do wniosku, że film opowiada po prostu o patologiach, jakie panowały i zapewne panują jeszcze w niejednej polskiej szkole. Antagonista wydaje się jednoznaczny: jest nim Janota, którego postępowanie prowadzi do tragedii. Rolę pozytywnego bohatera odgrywa natomiast Ejmont, który roztacza opiekę nad podopiecznymi, z niegasnącą pasją uczy swojego przedmiotu, a także stara się postępować jak najbardziej uczciwie względem siebie i innych. Problem jednak w tym, że choć takie rozwiązanie nasuwa się jako oczywiste, fabuła filmu jest zbyt subtelna, by zamknąć się w tym grubo ciosanym konflikcie. Owszem, Janota jest negatywnym bohaterem, ale nie ze względu na dyskwalifikujące cechy charakteru czy złe postępowanie. Wprost przeciwnie: poświęca on pracy w szkole wiele wolnego czasu i nie sposób odmówić mu szlachetnego idealizmu w próbach uczynienia z grupki leniwych nastolatków drużyny sportowej z krwi i kości. Dzięki niemu szkoła, w której do tej pory panował marazm, zaczyna wreszcie odnosić sukcesy. Jego metody są dyskusyjne, ale w gruncie rzeczy – skuteczne. Potrafimy również doskonale zrozumieć jego motywację: prowadząc szkolną drużynę, pragnie on wynagrodzić sobie straconą karierę. Być może nie jest to najwyższa z pobudek, stoi jednak u podstaw ambicji, którą Janota potrafi zarazić innych. Ejmont natomiast – pomimo całej swej poczciwości i wewnętrznego ciepła – okazuje się nauczycielem dość marnym, a z pewnością nielubiącym zmian. Co więcej, w opowiedzianej przez Falka historii zostaje on przedstawiony jako ktoś, w kim tkwi wewnętrzna zadra – poczucie, że jego życie potoczyło się inaczej niż by chciał. Mieszkanie przy szkole w małym pokoju, ze schnącym praniem nad głową i łazienką na korytarzu, nijak ma się do wyobrażeń, jakie historyk snuł na studiach. Nie sposób nie dostrzec, że w starciu z nauczycielem wychowania fizycznego Ejmontem kieruje być może zwykła zawiść.
Fabuła Szansy okazuje się zatem znacznie bardziej złożona niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Jeszcze lepiej wypada sposób, w jaki zostaje ona podana. Falk bardzo ciekawie snuje historię: obrany przez niego sposób narracji opiera się na krótkich, ale esencjonalnych scenach. Taki sposób montażu powoduje pozorne wrażenie braku struktury – trudno tu bowiem znaleźć klasyczny wstęp, rozwinięcie z punktem kulminacyjnym i zakończenie. Obraz przypomina raczej kilkadziesiąt niekompletnych kartek wyrwanych ze środka książki. Fabuła zaczyna się gdzieś, gdzie oko kamery nie sięga i tam też się kończy, poszczególne sceny zaś należy posklejać samodzielnie. Być może w rękach innego reżysera pomysł ten okazałby się porażką. W przypadku Falka jednak nadaje to opowieści dużej dynamiki i pozwala zbudować stopniowo narastające napięcie.
Owo wrzucenie widza w środek akcji – w świat, który kamera jedynie uchwytuje, nie zaś stwarza – to jedno ze źródeł dojmującego wrażenia, że Szansa jest filmem tak naturalistycznym, a wręcz pomyślanym jako quasi-dokument. Nie jest to zresztą jedyny zabieg, który ma dać taki efekt. Do najbardziej udanych należą fragmenty ewidentnie improwizowane. Szczególnie w pierwszej połowie wiele jest scen wyraźnie granych bez scenariusza. W takich miejscach, znaczonych chropowatością języka mówionego, nieprzetworzonego literacko przez scenariusz, ma się wrażenie perfekcyjnego oddania szkolnych realiów – z nieśmiertelnymi tekstami uczniów i nauczycieli („dzwonek jest dla mnie, a nie dla was”), problemami lokalowymi czy paleniem na przerwach. Dzięki temu Szansa wydaje się filmem szorstkim, ale jednocześnie boleśnie autentycznym, zagranym bez jednej fałszywej nuty.
Trudno powiedzieć, by omawiana dziś produkcja miała wielkie ambicje. To bardzo ciekawie zrealizowana opowieść o ludzkich słabościach i palącej ambicji, a zarazem mało optymistyczny obraz polskiej edukacji. Niektórym Szansa przypomni koszmar szkolnych lat, dla innych będzie to sentymentalna wycieczka do czasów młodości, nikogo jednak nie pozostawi obojętnym. Tym bardziej należy żałować, że film popadł w zapomnienie. Zwłaszcza, że – stwierdzam to z niejakim smutkiem – nie sposób powiedzieć, by zanadto się zdezaktualizował.