Menu Zamknij

Anna Wyszkoni, 10. To nie hołd…

10

Nie ulega wątpliwości, iż Marek Jackowski to artysta, który za sprawą swego bogatego, a przede wszystkim znakomitego dorobku zasługuje na muzyczny hołd. Wybór Anny Wyszkoni – która nie tylko potrafiła zaśpiewać kompozycje gitarzysty Maanamu, ale także znała go osobiście – wydawał się zaś gwarantować sukces. Niestety, po drodze nie udało się wszystko to, co mogło iść nie tak.

Marek Jackowski to bez wątpienia jeden z najbardziej utalentowanych kompozytorów i gitarzystów polskiej muzyki rozrywkowej. Mimo udziału w wielu projektach, a także udanej działalności pod własnym nazwiskiem, jego nadzwyczajny sukces to przede wszystkim owoc współpracy z nie mniej wybitną wokalistką, Olgą Jackowską. Muzyczne małżeństwo (trwające formalnie do 1984 roku) stało się filarem Maanamu – zespołu, o którym bez cienia przesady powiedzieć można, iż nadał ton polskiemu rynkowi muzycznemu lat 80. ubiegłego wieku Nic zatem dziwnego, iż dziesiąta rocznica śmierci Jackowskiego daje okazję, by docenić jego wkład w rozwój kultury, oddać cześć, a wreszcie przypomnieć najwybitniejsze kompozycje, z których gros powstało jeszcze w czasach ustroju słusznie minionego.

Zadania uwspółcześnienia twórczości wieloletniego lidera Maanamu podjęła się Anna Wyszkoni. Niegdysiejsza wokalistka zespołu Łzy, od lat rozwijająca udaną karierę solową, wydawała się osobą jak najbardziej do tego odpowiednią, choćby dlatego, iż osobiście znała Jackowskiego, który zaprosił ją do współpracy nad swą ostatnią, pośmiertnie wydaną płytą. Oczekiwanie, że osobista znajomość z bohaterem tego wspomnieniowego wydawnictwa zadziała raczej na korzyść, a nie na niekorzyść, wydaje się rozsądne. Tym trudniej zrozumieć, co takiego się stało, iż zamiast spiżowego pomnika, Wyszkoni wystawiła Jackowskiemu nieudolną karykaturę. Wszak biorąc pod lupę piosenki Maanamu, należało jedynie oddać kompozytorskie talenty Jackowskiego, a także zrozumieć wokalną interpretację Kory. Mówiąc zaś najkrócej: chodziło o uszanowanie materiału źródłowego, który charakteryzuje się wielką dozą inteligencji i przemyślności. Niestety, w każdym z tych obszarów 10 całkowicie zawodzi oczekiwania, nieważne, jak niewielkie by one nie były.

Kultura dla Ciebie
Jedna wiadomość miesięcznie. Zero spamu. Recenzje, eseje, analizy. Klasyka i nowości. Bez uproszczeń, z szacunkiem dla czasu i inteligencji Czytelnika.

Wyjdźmy od aranżacji. Jackowski to przede wszystkim mistrz gitary, której charakterystyczne brzmienie do dziś pozwala bezbłędnie rozpoznać jego kompozycje. Tym bardziej trudno zrozumieć, dlaczego w interpretacji Wyszkoni piosenkom nadano sznyt iście soulowy (Się ściemnia, Lipstick on the Glass) albo ciążący w stronę niezbyt udanego new wave’u (Szare miraże, Luciolla).

W instrumentarium pojawiają się saksofony, trąbki i klawisze, ale – rzecz charakterystyczna – boleśnie brakuje tu gitary!

Doprawdy, nie potrafię pojąć, jaki proces myślowy doprowadził aranżerów do wniosku, by na płycie poświęconej pamięci wybitnego gitarzysty pozostawić ten szlachetny instrument w ilościach śladowych. Wynik może być tylko jeden: piosenki, które w oryginale pełnymi garściami czerpały z dorobku brytyjskiego post punku, charakteryzując się motoryczną frazą, chropowatością i frenetycznością, zmieniły się w rozwodnione, nadmiernie wyprodukowane dziwactwa mające tyle wspólnego z oryginałem, co bazgroły czteroletniego dziecka z dziełami Rembrandta (O! Nie rób tyle hałasu). Tam zaś, gdzie gitara malowała zamglone pejzaże ewokujące cały wachlarz uczuć, pozostała jałowa pustynia.

Największą jednak zgrozę budzi zupełny brak zrozumienia, z jakim Wyszkoni podeszła do interpretacji tekstowo-wokalnej. Przede wszystkim zupełnie zignorowała ona fakt, iż śpiewane przez Korę teksty powstawały w bardzo konkretnych okolicznościach dziejowych. Weźmy Szare miraże: w zamyśle piosenka ta perfekcyjnie obrazuje życie codzienne przeciętnego obywatela w czasach późnego Gierka. Co więcej: między wierszami przemyca ona złowieszczą prawdę, by w warunkach społeczeństwa totalitarnego nie odsłaniać zbyt wiele myśli i uczuć („Oszczędne słowa, twarze, uśmiechy / Nie mów za dużo szary człowieku”). Dlaczego zatem pochodząca z Tworkowa wokalistka śpiewa tak, jak gdyby jej celem było stworzenie tapety muzycznej odtwarzanej w kawiarniach sieci Starbucks? Słodki, pozbawiony zadziorności i charyzmy wokal zupełnie rozjeżdża się tu z warstwą liryczną i kastruje utwór z jego pierwotnego wydźwięku. Na pozór problem ten nie zachodzi w przypadku piosenek o miłości – uniwersalnych, a przez to nieuwikłanych w pozamuzyczny kontekst. A jednak to pułapka, w którą Wyszkoni dała się złapać. Weźmy Lipstick on the Glass: cały geniusz oryginalnego utworu polega na bezbłędnej interpretacji wokalnej Kory, która sugestywnie oddaje mieszankę zmysłowości, zaborczości i zazdrości. Nie jest to zresztą wyjątek: piosenki o miłości mają na ogół w twórczości Maanamu podtekst brudu, opętania uczuciem, a przynajmniej niezdrowej fascynacji. To nie słodkie zakochanie z kart powieści Nicholasa Sparksa, ale destrukcyjna siła, z którą żeński podmiot liryczny nieustannie walczy, na ogół bezskutecznie i na zgubę zarówno swoją, jak i swego wybranka. Tymczasem w interpretacji Wyszkoni cała ta niejednoznaczność znika, zastąpiona standardowymi – czytaj: do bólu miałkimi i zupełnie nieoryginalnymi – rozwiązaniami interpretacyjnymi. Tam zaś, gdzie wokalistka porywa się na odrobinę szaleństwa, efekt końcowy jest godny pożałowania. Tak jest właśnie w przypadku Lipstick on the Glass: w oryginale tytułowa fraza wyśpiewywana była (na pograniczu melorecytacji) przez zazdrosną, świadomą zdrady kobietę. Tymczasem w nowej wersji śpiewa ją… męski chór skandujący na podobieństwo stadionowych kibiców! Konia z rzędem temu, kto wyjaśni, co działo się w głowie producenta, aranżera lub kogokolwiek, kto wpadł na pomysł, by zastosować ten zabieg. Od razu spieszę dodać – nie oczekuję odpowiedzi, śmiem bowiem twierdzić, iż jest to rażący przykład bezmyślności: twórcy zdecydowali się na takie rozwiązanie z czystej ignorancji, nie rozumiejąc zupełnie materiału źródłowego, w którym każda zagrywka gitary, każdy zabieg formalny i każda fraza wokalna miała swoje miejsce oraz swój sens. Na 10 tego wyczucia i sensu najzupełniej brak.

I tak toczy się ta płyta – od jednego poronionego pomysłu do kolejnego. Niestety, w tych „nowoczesnych” aranżacjach trudno nawet odnaleźć sznyt Jackowskiego.

Kiedy ta charakterystyczna, spowita pogłosem gitara pojawi się na ułamek sekundy we W życiu trzeba wolnym być, ma się poczucie obcowania z czymś wyższym – co po wielokroć przerosło twórców tego albumu, a nawet umknęło ich uwadze.

Owym czymś jest po prostu talent i serce wybitnego muzyka o dystynktywnym stylu, którego można mniej lub bardziej udatnie naśladować, ale któremu bardzo trudno jest dorównać. I nawet gdyby chciało się osłodzić zasłużoną krytykę tej płyty jakimikolwiek pozytywami, nie sposób tego zrobić. Bo czy można zachwycać się akordeonem albo całkiem przekonującą interpretacją wokalną w To tylko tango? Oczywiście, że można – ale tylko dlatego, że utwór pozostaje bliski nokturnowej stylistyce całego Nocnego patrolu, a jego blask świeci wyłącznie światłem odbitym.

Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, dla kogo jest ta płyta. Jeżeli mają po nią sięgnąć fani Maanamu, to pragnę ich w tym miejscu ostrzec – z uwagi na własne zdrowie psychiczne powinni zrezygnować z tego pomysłu. Młodszym słuchaczom zaś, którzy nie mieli wcześniej okazji zapoznać się z twórczością Jackowskiego, zalecam dotrzeć raczej do materiału źródłowego, po stokroć lepszego, wbrew pozorom błyszczącego dziś nie patyną, lecz niepowtarzalnym klimatem. Docelowym odbiorcą wydają się zatem wyłącznie młodzi zblazowani, z pokolenia nazwanego kolejną z ostatnich liter alfabetu, dla których Jackowski to muzyczna archeologia, zakurzona półka pełna staroci, po które nie warto sięgać. Nie jestem jednak pewny, czy celowanie w gust tak uprzedzonego, bezrefleksyjnego, a jednocześnie leniwego odbiorcy to najlepszy pomysł na uczczenie pamięci wybitnego muzyka. W każdym razie nie ulega wątpliwości, iż Jackowski zasłużył na zdecydowanie lepszy hołd niż 10. Może gdyby wybrać jego mniej popularne albo słabsze piosenki, których przecież w liczącym sto pozycji katalogu nie mogło brakować, wynik końcowy byłby lepszy. Niestety, Wyszkoni dowodzi, że nawet poruszając się po trakcie wyłożonym dobrymi chęciami – o brak których bynajmniej jej nie posądzam – można osiągnąć rejony siódmego kręgu muzycznego piekła.

Wykonawca: Anna Wyszkoni
Tytuł płyty: 10
Gatunek: pop
Data wydania: 2023
Długość: 34:37
2
Bardzo zła
Opublikowano wEseje i analizy

Może Cię także zainteresować

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *