Setki tysięcy ludzi na plażach, odległe grzmoty dział artylerii, dziesiątki samolotów wroga na niebie, nerwowe manewry statkami na skrytych w mroku wodach kanału La Manche, chaos, strach, a zarazem wielki zryw patriotyczny setek zwyczajnych Brytyjczyków gotowych nieść pomoc własnym żołnierzom: to prawdziwa Dunkierka. Niestety, jest to zarazem ta Dunkierka, której w filmie Christophera Nolana się nie zobaczy. I nawet jeżeli usilnie utrzymywać, jak chcą niektórzy apologeci brytyjskiego reżysera, iż jego produkcja poświęcona ucieczce z francuskiego wybrzeża nie pretenduje do bycia dokumentem, to na niewiele się to zda. Owszem, zgadzam się, że Dunkierka to nie opowieść na faktach, to także nie film wojenny, dramat ani thriller.
Niewiele płyt wydał The Offspring przez ostatnie dwadzieścia lat działalności, większość z nich stanowią zaś niezbyt interesujące próby nawiązania do dawnej świetności. W tym względzie wydany w roku 2012 album Days Go By to interesujący wyjątek. Oczywiście, jak na zespół Hollanda i kolegów przystało jest tu kilka spektakularnych niewypałów jak utwór tytułowy, czyli średniak utrzymany w stylu Foo Fighters albo Cruising California, które niby mruga okiem i udaje autoparodię, ale jednak stanowi kolejną upartą próbę powrotu do sukcesów z czasów Americany.
Kolejna adaptacja jednego z najważniejszych dzieł kultury rosyjskiej – nieśmiertelnej powieści autorstwa Lwa Tołstoja. Rose nie sili się na żadne fabularne ani stylistyczne wolty: z charakterystycznym dla siebie, nieco onirycznym stylem konstruuje typową intrygę miłosną. Czyni to jednak ze znakomitym rezultatem. Uwagę zwraca przede wszystkim świetne aktorstwo: każda z głównych postaci – zwłaszcza Sophie Marceau i Sean Bean – brawurowo wczuwa się w swoją rolę, przez co świat przedstawiony od pierwszych chwil wypada autentycznie. Fenomenalne wrażenie robią także lokacje: nakręcenie filmu w Moskwie i Sankt Petersburgu okazało się świetnym wyborem, żadna bowiem lokacja leżąca poza Rosją (nie mówiąc o wnętrzu studia) nie jest w stanie uchwycić klimatu Wschodu.
Ta stosunkowo nieduża objętościowo książka stanowi bardzo cenne źródło pamiętnikarskie, dotyczące jednego z najmroczniejszych okresów w dziejach naszego kraju. Jego autor – ks. Henryk Peszko – urodzony na podkarpaciu, ale przez większość swego życia związany z terenami obecnego województwa świętokrzyskiego – miał okazję doświadczyć przedwojennego wychowania, partyzanckiej tułaczki, lat powojennej odbudowy, a wreszcie katowni UB. Autor opisuje wszystkie te wydarzenia w sposób stosunkowo chłodny i zdystansowany, acz niepozbawiony niekiedy humoru i szczypty ironii.
Scena numer jeden. Urząd miasta. W tle słychać telewizor, w którym nienaturalnego wywiadu udziela prezydent Wrocławia, rozprawiając o planowanej wizycie papieża. W międzyczasie faks wypluwa informację o prognozach opadów. Scena numer dwa. Kobieta o zaciętej, butnej twarzy mierzy poziom wody na Wiśle, a następnie jest świadkiem, jak fatalnie wymodelowana komputerowo sarna pada, postrzelona przez myśliwego. W złości atakuje mężczyznę, grożąc mu nożem i zabierając dokumenty. Scena numer trzy: nasza dzielna obrończyni przyrody uprawia szybki seks w brudnej przyczepie kampingowej, zachęcona słowami „Może sami zrobimy dziś jelonka?”.
Grupa przyjaciół spotyka się na kolacji, by obserwować zaćmienie księżyca. W trakcie rozmowy wpadają oni na pomysł, by odczytywać na głos wszystkie przychodzące wiadomości i udostępniać połączenia telefoniczne. W myśl oryginalnego włoskiego tytułu („Doskonale nieznajomi”), na jaw zaczynają wychodzić kolejne skrzętnie skrywane tajemnice. Film Paolo Genovese chce uchodzić za ważny głos w debacie nad prywatnością w czasach mediów społecznościowych, a przy okazji ma ambicje, by zaniepokoić sumienie skalą wszechobecnego kłamstwa. Warstwa intelektualno-moralna nie wypada jednak tak przekonująco, jak wydawałoby się na papierze.
Rosół, schabowy, ciasta, koreczki, a także – jakżeby inaczej – dużo wódki. Orkiestra właśnie się stroi, obsługa nerwowo biega między stołami, a goście lada chwila zaczną zjeżdżać się z kościoła. Typowe wesele? Otóż nie tym razem. Okazuje się bowiem, że – jak w powieści Heleny Mniszkówny, tylko à rebours – pan młody w ostatniej chwili uciekł sprzed ołtarza. Jak teraz wyjść na środek i oznajmić: „Nie ma wesela. Wszyscy do domu”? Co ludzie powiedzą, co powie ksiądz dobrodziej, jak przeżyć to upokorzenie?
Amerykańsko-francuska adwokatka, Kate Moore (A.J. Cook) ma bronić w procesie mężczyznę oskarżone o brutalne zamordowanie przypadkowej rodziny. Choć początkowo nie wierzy ona w winę oskarżonego, będzie musiała zmienić zdanie, kiedy skonfrontuje się z nowymi dowodami. Już na samym początku powiem dla jasności: Zwierz to film głupi, którego scenarzysta nie ma pojęcia ani o pracy policji, ani o postępowaniu adwokatów, ani o działaniu systemu sprawiedliwości w Europie. Ogólnie rzecz biorąc, liczba nielogiczności i luk jest tu zatrważająca.
Trzydziestoletnia Tekla Nuszka święcie wierzy, że ma pecha. W wyniku zbiegu niefortunnych zdarzeń – a może fatum – opuszcza rodzinną wieś i przeprowadza się do miasta. Tu jednak nieszczęścia nadal nie chcą jej opuścić. Rudnicka znana jest jako autorka komedii kryminalnych – do takiego też gatunku można zakwalifikować Zgiń, przepadnij. Sęk w tym, że nie jest to ani komedia – bo za mało tu humoru wyższych lotów, to jest bardziej wysublimowanego niż naśmiewanie się z nazwisk bohaterów – ani kryminał, intryga jest bowiem prosta jak drut i jasna od pierwszych stron.