Menu Zamknij

Paweł Maślona, Kos. Bajka o Kościuszce

Kos

Na ogół na łamach tej strony staram się unikać ironii w myśl dewizy, że naigrywanie się z dzieła kultury znamionuje najczęściej nieumiejętną próbę ukrycia braku rzeczowych argumentów. Tym razem jednak nie potrafię się powstrzymać głównie ze względu na to, jak często film Kos przyrównuje się do produkcji Quentina Tarantino. A zatem, nawiązując do słynnego mema: dziecko prosi o film Tarantino. Mama odpowiada: „Mamy Tarantino w domu”. Rzeczoną domową wersją autora Pulp Fiction okazuje się właśnie Paweł Maślona i jego najnowszy film.

Nie dajmy się zwieść materiałom promocyjnym – Kos nie opowiada wcale o Kościuszce. Generał jest tu bowiem sprowadzony do roli rekwizytu, który bezskutecznie przeczesuje małopolskie bezdroża w poszukiwaniu sojuszników do walki, a i tak ostatecznie trafia do domu dawnej kochanki. W istocie, gdyby skasować tę postać z produkcji, nie zmieniałoby to nic. Gwoli ścisłości, Jacek Braciak to znakomity aktor, który ze wszystkich sił stara się w wykreowaną przez scenariusz kukłę tchnąć możliwie wiele życia. Niestety, dla tych kilku scen dobrego aktorstwa nie warto poświęcać dwóch godzin cennego czasu widza. O czym zatem – skoro nie o Kościuszce – Kos opowiada? Mówiąc najkrócej jest to podkoloryzowana, podlana dydaktyzmem wizja przeszłości, pokazująca okrucieństwo szlachty i aspiracje chłopstwa, nachalnie porównywanego do amerykańskich czarnych niewolników.* Cała reszta – zagrożenie ze strony Moskali, nadchodząca wojna, klimat małopolskiej wsi końca XVIII wieku – jest tu odmierzane w ilościach śladowych i nie wnosi nic do budowy świata przedstawionego. Co gorsza, obierając taki wymagający zarówno wiedzy, jak i wyczucia punkt wyjścia, film daje asumpt, by napisać dwa nielichej długości doktoraty: jeden o błędach merytorycznych, drugi zaś o głupotach i nielogicznościach scenariusza. Nie jest to właściwe miejsce na tego typu rozważania, w Internecie można zresztą znaleźć wiele analiz, które ukazują, z jakiej próby materiałem mamy tutaj do czynienia.

Kos

Jestem oczywiście świadomy, że najnowszy film Maślony nie pretenduje do bycia dokumentem. Wprost przeciwnie: jest to w pełni świadome siebie kino kampowe, które realia dziejowe wykorzystuje li tylko do zabawy formą i przenicowania oczekiwań widza, spodziewającego się standardowego – a więc pełnego nabożności – podejścia do przeszłości naszego narodu. Niestety, również w tej warstwie film ponosi sromotną porażkę, głównie z uwagi na rudymentarne braki fabularne. Kos okazuje się boleśnie pozbawiony interesujących postaci, obdarzonych jakąś biografią, motywacją czy dystynktywnymi cechami charakteru. Jest to kolejny przykład produkcji, w której występują wyłącznie antybohaterowie, a tych polscy scenarzyści po prostu nie potrafią pisać. Co gorsza, odpowiedniej temperatury nie jest też w stanie wykreować narracja, przede wszystkim dlatego, że jest ona pełna całkowicie niepotrzebnych dłużyzn, mających być jedynie popisem pieczołowitości w aspekcie scenografii i oświetlenia. (Czy w istocie jest się czym popisywać, to już inna sprawa: zarówno plenery, jak i wnętrza swym wystudiowaniem przypominają dobrze dofinansowany Teatr TV – z całym szacunkiem dla tej zasłużonej instytucji). Mnóstwo tu przeciągniętych, niczego niewnoszących fragmentów, które należało zdynamizować na stole montażowym. Wszak jeżeli o coś w Kosie chodziło, to o zaserwowanie pełnokrwistego kina akcji, dla którego powstanie kościuszkowskie jest jedynie tłem, by nie rzec – pretekstem. Niestety, oprócz kilku sekwencji gore i nielicznych scen, które można uznać za interesujące, produkcja składa się przede wszystkim z dialogów o niczym i wydarzeń, które do niczego nie prowadzą.

Oba te naczelne problemy, mianowicie brak postaci, których losy widz chce śledzić, a także leniwe tempo opowieści, skutkują najpoważniejszym zarzutem, czyli niemiłosierną wprost nudą. Dziełku Maślony brakuje zarówno rozbudowanej warstwy psychologicznej, która potrafi w tego typu produkcji przyciągnąć bardziej niż fontanna posoki, jak i materiału scenariusza, który potrafiłby wypełnić dwie godziny projekcji. Ba! Gdyby chwycić w ręce wyjątkowo ostre nożyce, to Kos dałby się bez problemu zamknąć w średnim metrażu – z dużą korzyścią dla efektu końcowego. Niestety, opowieść o grubo ciosanej walce klas, bez wiarygodnego tła i kontekstu, może starczyć w najlepszym razie na jeden odcinek 1670, a nie na pełnoprawny film.

Kos

Wracając do początkowej uwagi, iż Maślona stworzył polską odpowiedź na filmy Tarantino: tak istotnie jest, przy czym pominął on większość zalet dzieł amerykańskiego reżysera, pozostawiając ich najistotniejsze wady. Widz nie uświadczy zatem w Kosie stawiania na głowie gatunkowych klisz, inteligentnych tekstów czy zaskakujących, a wręcz szokujących zwrotów akcji. (Jestem na przykład pewien, że twórca Kill Bill w trzech czwartych projekcji uśmierciłby Kościuszkę – bo skoro to nie film dokumentalny, to czemu nie?). Kiedy zaś dotrze się do napisów końcowych, w głowie rozbrzmiewa donośne pytanie: po co? Owszem, zabawa formą jest ciekawa, ale – na miły Bóg – wydawanie masy pieniędzy tylko po to, żeby dokonać dekonstrukcji dziejów w teatralnym sosie zupełnie mija się z jakimkolwiek celem. Aby zresztą zobaczyć, na czym polega problem Kosa, warto zapytać: czy ktokolwiek wyobraża sobie, by film ten stał się klasykiem chętnie oglądanym za dziesięć czy dwadzieścia lat? Osobiście uważam, iż jest to bardzo mało prawdopodobne, co wynika z faktu, iż Kos wypruty jest wręcz z treści. A zresztą, jeżeli ktoś chce sobie obejrzeć film Tarantino, to nie sięga po marną, „domową” kopię, lecz po o wiele lepszy pierwowzór. W takim wypadku pytanie „po co?” wybrzmiewa podwójnie donośnie, niosąc w odpowiedzi podwójnie wymowną ciszę.

* O głupocie takich porównań do wieku XVII pisałem w recenzji książki Piotra Korczyńskiego, Zapomniani. Chłopi w Wojsku Polskim. Tu jedynie dodam, że autorzy Kosa w kreowaniu chłopa jako jednoznacznej ofiary szlacheckich prześladowań nie biorą pod uwagę dwóch faktów znanych z literatury naukowej. Mianowicie sytuacja chłopstwa nie mogła być ogólnie rzecz biorąc aż tak zła, skoro częstym zjawiskiem było „zbiegostwo rosyjskich chłopów na terytorium Rzeczpospolitej w drugiej połowie XVIII wieku” (P. Kimla, Przywary niewolników pańszczyźnianych w XVIII-wiecznej Rzeczypospolitej w relacji Huberta Vautrina, „Annales Universitatis Mariae Curie-Skłodowska. Sectio G. Ius” 58 (1), 2011, s. 88). Nadto, w tym idealistycznym obrazie włościanina brakuje wzmianki, iż zdaniem zagranicznych komentatorów cechowały go „lenistwo, bierność, pijaństwo, okrucieństwo, chciwość, zawiść i niepohamowana złość w stosunku do równego stanem w wyniku obrazy” (tamże, s. 89).

Reżyseria: Paweł Maślona
Gatunek: sensacyjny
Kraj produkcji: Polska
Rok: 2023
3
Zły
Opublikowano wEseje i analizy

Może Cię także zainteresować

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *