Druga wojna światowa. Grupa ośmiu żołnierzy żydowskiego pochodzenia pod wodzą porucznika Aldo Raine’a (Brad Pitt) prowadzi działania dywersyjne przeciwko Niemcom na zapleczu francuskiego frontu. Ów lakoniczny opis w zupełności wystarczy za pełne streszczenie fabuły. Cała reszta to typowe dla Tarantino bawienie się formą, polegające na wywracaniu na nice schematów kina rozrywkowego (w tym wypadku – produkcji wojennych i westernów). Skupienie się na zaskakiwaniu stroną formalną niesie jednak szereg konsekwencji. Te zaś bynajmniej nie wychodzą produkcji na dobre. Najbardziej bolesna z nich to wtórność. Choć reżysera można nazwać konsekwentnym w wypracowanej przez siebie stylistyce, to jednak język przesady, kina gore i dziwacznych zwrotów akcji nie potrafi już zaskoczyć jak za pierwszym razem. W rezultacie Bękarty wojny są jak ten sam dowcip opowiadany po raz wtóry, w którym zmieniają się jedynie niewiele znaczące okoliczności i imiona głównych postaci. Nie ma także co liczyć na jakąkolwiek intelektualną głębię: Tarantino nie zostawia nas z żadnym przesłaniem na temat brutalności niemieckich nazistów, znaczenia i moralnego wymiaru zemsty czy straceńczej odwagi. Wprost przeciwnie: nieżyczliwy odbiorca (do którego mi daleko) widziałby w tym filmie pokrzepiającą dla wyznawców judaizmu opowiastkę, w której, zamiast wydawać pobratymców na śmierć – jak to miało miejsce w rzeczywistości – dzielnie biorą odwet na znienawidzonych wrogach. Najbardziej tragiczny konflikt zbrojny w dziejach ludzkości staje się przez to kanwą, do przedstawienia kolorowej historii alternatywnej w stylistyce kina komiksowego. Co zatem zostaje? Jak zwykle u Tarantino: angażujący film, po obejrzeniu którego w głowie nie ma nawet śladu, poza ulotnym wrażeniem obcowania z dziwacznym płodem kultury. Dobre i tyle.
Quentin Tarantino – Bękarty wojny
Reżyseria: Quentin Tarantino
Gatunek: wojenny
Kraj produkcji: USA
Rok: 2009
Opublikowano wW kilku zdaniach