Czytanie poetów nie jest dziś w modzie. I choć być może nigdy nie było, to obecnie liryka kojarzy się niemal wyłącznie ze szkołą, w której dociekania „co poeta miał na myśli?” zastępują znacznie bardziej zasadne pytanie „co poeta chce powiedzieć mnie?”. Nic zatem dziwnego, że – jak zauważała Wisława Szymborska – tylko niektórzy lubią poezję.
Jacek Szczerba rozmawia z najciekawszymi aktorami scen polskich teatrów, by przekonać się, czy artyści mają poczucie humoru także w życiu prywatnym, a jeżeli tak – to na czym ono polega. Kilkanaście rozmów – co warto dodać: z ludźmi każdych zapatrywań światopoglądowych – daje różne, ale najczęściej niezwykle interesujące odpowiedzi. Okazuje się, że osoby, które kojarzymy z ról komediowych, tak naprawdę cechuje śmiertelna powaga.
Jeden z najlepszych polskich reżyserów – autor klasycznych, choć niekiedy zapomnianych już filmów jak Świadectwo urodzenia, Westerplatte czy Drzwi w murze – przedstawia w retrospektywie swoje artystyczne osiągnięcia. Różewicz wspomina nie tylko okoliczności realizacji swoich dzieł, ale również ludzi, którzy towarzyszyli mu w niełatwych czasach, gdy wyzwaniem stawało się zdobycie taśmy filmowej czy wyjazd za granicę w celu odebrania nagrody.
Dzienniki Anny Kowalskiej wydają się wręcz predestynowane do sukcesu. Ich autorką jest pisarka znana ze stylu powściągliwego, wręcz chłodnego, a same zapiski obejmują lata niezwykle ciekawe – dwudziestolecie międzywojenne we Lwowie, wojenną tułaczkę, wreszcie okres stalinowski, a następnie tzw. odwilż. Niestety, ani historii, ani pięknej literatury nie ma tu zbyt wiele.
Jakiś czas temu, przy okazji omawiania Opowiadań greckich, pisałem że Anna Kowalska – ta od Dąbrowskiej, jak głosi tytuł wydanej biografii lwowskiej literatki – to postać niesłusznie zapomniana. Wśród wielu czynników winę za ten stan rzeczy ponosi między innymi fakt, że po jej śmierci ukazało się zaledwie jedno wznowienie jej dzieł. W rezultacie od lat 70. twórczość Kowalskiej pozostaje praktycznie martwa. Rok 2008 przyniósł pod tym względem istotną zmianę – wtedy bowiem ukazały się długo oczekiwane dzienniki pisarki.
Władysław Broniewski to poeta-pomnik, utrwalony w brązie przede wszystkim za sprawą szkolnego wykształcenia polonistycznego, zwłaszcza wśród starszego pokolenia, które „Bagnet na broń” niejednokrotnie musiało znać na pamięć. Mariusz Urbanek tymczasem zdejmuje pisarza z cokołu i wydobywa z niego ludzkie rysy: naiwnego, młodego żołnierza, wierzącego w ideały rewolucjonisty, wygnańca tułającego się po Bliskim Wschodzie, a wreszcie gwiazdy komunistycznego reżimu, popadającej w coraz dłuższe ciągi alkoholowe.