W wyniku zbiegu okoliczności Szyja (Paweł Domagała) zostaje sobowtórem celebryty Mikołaja Mazura. Dzięki temu może od podszewki poznać zepsuty świat warszawskiego show biznesu. Jak można się domyślić po tym lakonicznym, choć streszczającym znaczną większość fabuły opisie, w kontynuacji Wkręconych Piotr Wereśniak ponownie operuje na sprawdzonym schemacie qui pro quo.
Święta Bożego Narodzenia. Funkcjonariusz kontroli lotniskowej zostaje wplątany w intrygę: ma pozwolić na przemycenie śmiercionośnego środka paralityczno-drgawkowego na pokład samolotu. Stawką jest życie ludzi na lotnisku – w tym jego ciężarnej partnerki. Miejsce akcji i bożonarodzeniowa sceneria od razu każą szukać podobieństw z drugą częścią Szklanej pułapki.
Filmowy zapis zbrodni, jakich w latach 40. i 50. ubiegłego wieku dopuścił się krakowski morderca, Władysław Mazurkiewicz. Niestety, film Langa, który stara się opowiedzieć tę historię, okazuje się na tyle niekonsekwentny, że trudno precyzyjnie go streścić. Główną postacią nie jest bowiem sam Mazurkiewicz, ale ścigający go milicjant – Karski.
Z niepokojem stwierdzam, że coraz więcej rodzimych reżyserów nie odróżnia przedstawienia problemu moralnego od jednoznacznej oceny, jak ów problem należy rozwiązać. Efektem takiego podejścia staje się dydaktyzm, który nie zostawia miejsca na dialog, widza zaś traktuje jako poznawczo ułomnego. Jeżeli na dodatek film promuje wartości dyskusyjne, trudno nazwać go inaczej niż moralnie zepsutym.
Trudno nie traktować filmów jako odbicia ducha czasów, w których powstają. Kino stanowi sugestywny nośnik naszych postaw, przekonań i aspiracji, nadziei i lęków, opisuje lub konstruuje świat, dzięki czemu pozostawia po nas niezafałszowane świadectwo, odsłaniające niekiedy to, co być może pragnęlibyśmy ukryć. Niestety, jeżeli przyszły widz postanowi wystawić cenzurkę trzeciej dekadzie XXI wieku na podstawie filmu takiego jak Moje wspaniałe życie, nie będzie ona zbyt korzystna.
David Fincher to dla mnie od zawsze i na zawsze Siedem. Niestety, im reżyser starszy, tym jego instynkt do tworzenia dobrych produkcji okazuje się bardziej stępiony. Tragiczny Mindhunter, źle opowiedziany Skorpion i głupi w swoim zamyśle The Social Network to przykłady najnowsze. Azyl pokazuje natomiast, że reżyser zaczął obniżać loty znacznie wcześniej, bo już na początku tego wieku.
Typowa (czytaj: pozornie normalna, w rzeczywistości – skłócona) polska rodzina spotyka się na pogrzebie namiętnego gracza w totolotka. Sytuacja komplikuje się, gdy wychodzi na jaw, że zmarły został pochowany ze zwycięskim kuponem w kieszeni marynarki. Rozpoczyna się bezpardonowa walka o niespodziewane bogactwo. Mateusz Głowacki buduje film, który można streścić w zdaniu: „Znacie? To posłuchajcie!”.
Bezpośrednia kontynuacja intrygującego Poniedziałku, filmu, który – obok produkcji Pieniądze to nie wszystko Juliusza Machulskiego – jako jeden z pierwszych ukazywał mało chlubne konsekwencje przemian zmian ustrojowych początku lat 90. Tym razem dwójka znanych z poprzedniej części postaci – Bolec (Grzegorz Borek) oraz Dawid (Paweł Kukiz) – postanawiają zainwestować zdobyte pieniądze i na wiejskim odludziu założyć klub ze striptizem.
Kino w zamierzeniu patriotyczne już w punkcie wyjścia narażone jest na nieznośny patos, moralne połajanki i czarno-białe widzenie świata. Konrad Łęcki dowodzi, że dysponując odpowiednim scenariuszem i reżyserskim wyczuciem, można zaproponować opowieść zupełnie inną – znacznie bardziej prozaiczną, a przez to prawdziwą. Wyklęty nie zastępuje komunistycznych mitów bogoojczyźnianą retoryką, lecz odkłamuje kawałek historii, ukazując tę ostatnią we wszystkich jej odcieniach.
Dobrych filmów poświęconych losom tzw. żołnierzy wyklętych nie ma w polskiej kinematografii zbyt wiele. Na ironię zakrawa fakt, że jedna z takich produkcji – mowa o Popiele i diamencie Andrzeja Wajdy – powstała w okresie głębokiego stalinizmu. Choć panuje milcząca zgoda, iż dzieła tego nie wypada krytykować, nie zmienia to faktu, że historię Maćka Chełmickiego oparto na zakłamanej książce Jerzego Andrzejewskiego, zwanej na salonach stolicy Gówno i zamęt.
Filmowe przedstawienie dramatycznych wydarzeń, jakie rozegrały się w Gdyni w grudniu 1970 roku. Krauze odszedł jednak od typowego ujęcia historycznego, koncentrując oko kamery na postaci i losach Brunona Drywy. Niestety, decyzja ta okazała się zgubna. Aby bowiem skontrastować tę osobistą opowieść z dramatycznymi wydarzeniami, reżyser oddaje tę pierwszą językiem sielanki: nowe mieszkanie, wspaniała rodzina, nadzieje na lepszą pracę.
Długie oczekiwanie rodziło wielkie nadzieje. 28 lat później miało być powrotem do szorstkiego, na wpół amatorskiego kina, rozsadzającego ciasne ramy gatunkowych stereotypów. Niestety, w zapędzie do dekonstrukcji wszystkiego, co tylko się da, Danny Boyle poszedł stanowczo za daleko. W rezultacie zamiast dobrego filmu grozy otrzymujemy coś, co nie jest ani dobre, ani straszne.
28 dni później było jednym z najbardziej oryginalnych filmów, jakie zrealizowano na początku tego wieku. Wykorzystując kontrolowaną niedbałość, zatrzymującą się w połowie drogi między normalnym filmem a found footage w stylu Blair Witch Project, Danny Boyle stworzył fenomenalną opowieść o końcu świata. Inaczej niż na przykład w World War Z, scenariusz wrzucał główną postać – kuriera rowerowego, Jima – w rzeczywistość po katastrofie, co reżyserowi pozwalało zaoszczędzić kosztów na rozmachu, a widzowi wraz z protagonistą odkrywać upiorny wymiar tego, co wydarzyło się w międzyczasie.