Filmowe przedstawienie dramatycznych wydarzeń, jakie rozegrały się w Gdyni w grudniu 1970 roku. Krauze odszedł jednak od typowego ujęcia historycznego, koncentrując oko kamery na postaci i losach Brunona Drywy. Niestety, decyzja ta okazała się zgubna. Aby bowiem skontrastować tę osobistą opowieść z dramatycznymi wydarzeniami, reżyser oddaje tę pierwszą językiem sielanki: nowe mieszkanie, wspaniała rodzina, nadzieje na lepszą pracę.
Kanwą opowieści jest trwająca niemalże trzy lata blokada Leningradu, na temat której powiedziano już chyba wszystko. Gorter zdaje sobie z tego sprawę, dlatego jej dokument, choć wychodzi od dramatycznych wydarzeń nad Newą sprzed ponad ośmiu dekad, bynajmniej na nich nie poprzestaje. Wprost przeciwnie: głównym celem 900 dni jest oddanie postaw Rosjan wobec zarówno przeszłości, jak i teraźniejszości. Niektórzy z nich dumnie noszą swoje ordery, maszerując z portretem Stalina pod flagą ZSRR. Inni trzymają odznaczenia schowane głęboko w szafie, widząc, iż te puste kawałki metalu i wielkie słowa nie są w stanie pomóc im wydostać się z nędzy, w jakiej się znaleźli.
Film przedstawia mało znany moment z życia kard. Stefana Wyszyńskiego, który w czasie akcji Burza stacjonował w zakładzie dla ociemniałych w podwarszawskich Laskach. Syka skupia oko kamery przede wszystkim na codziennych dylematach, związanych z rozdarciem pomiędzy hasłem miłowania nieprzyjaciół a widocznym na co dzień zezwierzęceniem tych ostatnich. Konflikt moralny jest w tu w istocie przedstawiony wzorcowo.
Chucky – najbardziej bodaj zabójcza zabawka w dziejach kina – powraca, tym razem w kostiumie uszytym na miarę XXI wieku. W stosunku do oryginalnej koncepcji zmiany są bardzo liczne, a niekiedy także fundamentalne. Tytułowy morderca to już nie opętana duchem zabawka, lecz zbuntowana sztuczna inteligencja, film zaś – oprócz aspektu czysto rozrywkowego – chce w nienachalny sposób skomentować konsumpcjonizm i wątpliwą moralność wielkich korporacji. Klevberg postanawia także wpleść do produkcji stylistyki nieobecne w oryginale.
Oparta na faktach sprawa morderstwa dokonanego przez Krystiana Balę: sprawcę udało się schwytać tylko dlatego, że szczegóły zbrodni opisał w swojej powieści. Niestety, w rękach Adamik ten kapitalny pomysł grzęźnie w nieznośnej manierze amerykanizmów, czyniących z oryginalnej opowieści przeciętny do bólu kryminał. Śledzimy zatem losy stróża prawa (Łukasz Simlat) – po przejściach i z problemami alkoholowymi, bo czego innego można się spodziewać – który gra w grę z domniemanym zabójcą (Mateusz Kościukiewicz). I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie absurdalne decyzje reżyserskie: idiotyczne zachowania głównych postaci, drętwe dialogi, a także – o zgrozo – pozbawiony jakiejkolwiek charyzmy antagonista.
Dokument opowiada o wydarzeniach na Wybrzeżu w grudniu roku 1970 z perspektywy lekarzy, którzy nieśli wówczas pomoc ofiarom. Sama idea stworzenia takiego filmu zasługuje na wielkie brawa, nie tylko dlatego, iż utrwala jedno z najważniejszych wydarzeń polskiej historii XX wieku, lecz także ze względu na to, że ukazuje grudniowe protesty w odmiennym świetle niż zazwyczaj. Lekarze winni wszak nieść pomoc każdemu, zarówno żołnierzom oraz milicjantom, jak i cywilom, co pozwala im zrekapitulować standardowe prezentowanie wydarzeń wyłącznie z perspektywy jednej strony.
Druga wojna światowa. Grupa ośmiu żołnierzy żydowskiego pochodzenia pod wodzą porucznika Aldo Raine’a (Brad Pitt) prowadzi działania dywersyjne przeciwko Niemcom na zapleczu francuskiego frontu. Ów lakoniczny opis w zupełności wystarczy za pełne streszczenie fabuły. Cała reszta to typowe dla Tarantino bawienie się formą, polegające na wywracaniu na nice schematów kina rozrywkowego (w tym wypadku – produkcji wojennych i westernów). Skupienie się na zaskakiwaniu stroną formalną niesie jednak szereg konsekwencji.
Jeden z najlepiej ocenionych filmów 2018 roku. Fabuła koncentruje się na losach rodziny, która próbuje przeżyć w świecie spustoszonym atakiem najeźdźców z Kosmosu. Kluczem do przetrwania jest zachowanie absolutnej ciszy, gdyż to właśnie hałas przyciąga bezlitosnych zabójców. Niestety, ten interesujący koncept nie jest w stanie uratować filmu pod wieloma względami wyjątkowo miernego. Do mankamentów należą sztampowe, niewiarygodne psychologicznie postaci, brak jakiekolwiek napięcia i cukierkowa fabuła.
Relacja dwójki przyjaciół – Pádraica i Colma – zostaje wystawiona na próbę, kiedy jeden z nich postanawia raz na zawsze zerwać starą przyjaźń. Ten lakoniczny opis nie jest bynajmniej nieudaną próbą streszczenia znacznie większej całości, ale przedstawia całą sytuację dramatyczną. Jako że pomysł wyjściowy jest wyjątkowo ubogi fabularnie i nie zanadto głęboki, Martin McDonagh porozrzucał różne tropy interpretacyjne, które mają wzbogacić film o warstwę symboliczną i nadać mu głębi.
Brytyjski dźwiękowiec przyjeżdża do Włoch, by podjąć pracę przy niskobudżetowym filmie grozy. Szybko okazuje się jednak, że zadanie to zaczyna go psychicznie przerastać. Sam pomysł – szkatułkowy film w filmie, a przy okazji hołd dla tych, których nie widać przed kamerą – jest świetny. Niestety, zupełnie brakło scenariusza, by przedstawić go w przekonującej formie. Strickland chce pokazać wrażliwego artystę, który osuwa się w odmęty szaleństwa, nie potrafi jednak zbudować narracji, która mogłaby przykuć uwagę, nie mówiąc już o tym, że w filmie nie ma cody!