Menu Zamknij

Krzysztof Łukaszewicz, Czerwone maki. Garść uschniętych badyli

Czerwone maki

Kino wojenne to gatunek niezwykle wymagający. Naprawdę dobre produkcje to amalgamat widowiskowości, umiejętnie budowanego napięcia, psychologicznej wrażliwości i wiarygodnie stworzonego świata przedstawionego. Krzysztof Łukaszewicz to jeden z niewielu polskich reżyserów, który dowiódł niejednokrotnie, iż ma warsztat, by spełnić te wymogi. Tym bardziej boli jego widowiskowa porażka.

Bitwa o Monte Cassino to obok bitwy o Anglię jeden z największych sukcesów polskich sił zbrojnych walczących na obczyźnie w czasach ostatniej wojny światowej. Mimo to różnica między Dywizjonem 303 a 2. Korpusem Polskim jest znaczna: o ile ten pierwszy doczekał się kilku filmów, jakkolwiek nad ich jakością można by długo debatować, o tyle losy tego drugiego pozostawały jak dotąd – nie wiedzieć czemu – obszarem niezagospodarowanym przez twórców fabuł.
Sytuację tę postanowił zmienić Krzysztof Łukaszewicz, który w produkcji Czerwone maki – nawiązującej do słynnej pieśni Feliksa Konarskiego, napisanej na gorąco, bo w noc przed ostatecznym szturmem – stara się oddać bitwę o benedyktyński klasztor. Niestety, rezultat końcowy świadczy o bezprzykładnej klęsce.

Słowa te przychodzą mi z tym większym trudem, iż szczerze wierzyłem, że Łukaszewicz to najlepszy wybór do zrealizowania tego typu produkcji. Wszak to on jest twórcą wybitnych filmów o tematyce wojennej: Raportu Pileckiego i Orląt. Grodno ’39, z których ten ostatni sytuuję pośród najlepszych polskich osiągnięć kinematograficznych ostatniej dekady. Tym większy jest mój żal, że Czerwone maki stanowią zupełną antytezę rzeczonej produkcji i przywodzą na myśl najgorszych reprezentantów rodzimego kina wojennego, z okrytym złą sławą 1920. Bitwa warszawska Jerzego Hoffmana na czele. Mówiąc dosadnie, mimo budżetu, dobrego pomysłu i dużego doświadczenia, Łukaszewicz widowiskowo położył swoje najnowsze dziełko.

Kultura dla Ciebie
Jedna wiadomość miesięcznie. Zero spamu. Recenzje, eseje, analizy. Klasyka i nowości. Bez uproszczeń, z szacunkiem dla czasu i inteligencji Czytelnika.

Kłopoty zaczynają się już na poziomie scenariusza, którego autorem jest sam reżyser. Skrypt nie może po prostu opisywać bitwy i stanowić portretu zbiorowego żołnierzy, jak czyni to chociażby niezrównane Westerplatte Stanisława Różewicza (które osobiście uważam za najlepszy film wojenny świata). Współczesny widz nie pójdzie wszak do kina na film, który będzie niczym więcej jak dokumentalnym, wiernym prawdziwym wydarzeniom zapisem starcia o benedyktyński klasztor. Dlatego Łukaszewicz dodaje klasyczny wątek romansowy, który w najważniejszym momencie staje się de facto motorem napędowym fabuły. I nie byłoby może w tym nic złego – wszak w fantastycznym Ogniem i mieczem motyw ten okazał się strzałem w dziesiątkę – gdyby nie to, że do odegrania ról zakochanych reżyser wybrał najbardziej drewnianych aktorów, jakich udało mu się znaleźć. Mam oczywiście świadomość, że zarówno Nicolas Przygoda, jak i Małgorzata Żak to ludzie młodzi, którzy dopiero zdobywają szlify przed kamerą, ale nic nie usprawiedliwia odgrywania ról na poziomie szkolnej akademii z okazji 11 listopada!

Żadna z obu głównych postaci nie ma motywacji, życia psychicznego i przeszłości, chemia między nimi jest zaś równie intensywna, co między dwiema porcjami destylowanej wody.

Może role te dałoby się częściowo uratować, gdyby sam skrypt nie wkładał w usta aktorów słów patetycznych, wypowiedzianych językiem nazbyt literackim i niekiedy tak pompatycznych, że aż budzących uśmiech politowania. Mówiąc najkrócej, dialogi, którymi posługują się aktorzy, po prostu „źle leżą w gębie” i powinny zostać bezwzględnie przepisane. Wada ta dotyczy znacznej większości kwestii, również tych, z którymi zmagać się muszą – znakomici skądinąd – Bartłomiej Topa i Michał Żurawski, choć efekt okazuje się porażająco wręcz zły zwłaszcza w połączeniu z małym doświadczeniem dwójki młodych protagonistów.

W poprzednich produkcjach Łukaszewicza istotnym czynnikiem wpływającym na końcową notę była świetna inscenizacja, a zwłaszcza pieczołowitość w kreowaniu świata przedstawionego. Bez wątpienia składowa ta tym razem także mogłaby uratować film, gdyby nie to, że zawodzi na całej linii. Historii brakuje tła i kontekstu, bo za takowe trudno uznać okazjonalne wzmianki o pobycie w Rosji, a trwająca dwie sekundy reminiscencja przesłuchania przez Sowietów więcej zaciemnia, niż wyjaśnia. W mieszance rodaków, którzy walczą w armii Andersa, brakuje mowy chłopskiej, litewskiej, lwowskiej i śląskiej, jak gdyby wszyscy żołnierze pochodzili z warszawskiej klasy średniej. Nie ma indywidualnych losów, motywacji, przemyśleń, oprócz pompatycznych uwag o „wolności, co krzyżami się mierzy”. Słabo wypadają także sceny batalistyczne. Armia walczy bez żadnej strategii, a żołnierze zachowują się jak gdyby każdy z nich miał po dziewięć żyć. Aktorzy nie prezentują żadnych umiejętności charakterystycznych dla piechoty – poruszania się tyralierą, skokami, okopywania się, a nawet korzystania z osłon terenowych. Nie brakuje również wpadek dużego kalibru, jak msza święta prowadzona w obrządku posoborowym, choć mowa tu o wydarzeniach dwie dekady wcześniejszych. Wygląda to tak jak gdyby Łukaszewicz uwierzył w swój geniusz i zrezygnował z jakichkolwiek konsultacji: naukowców zajmujących się kampanią włoską, wojskowych czy medyków. Nie może zatem dziwić, że świat, który wykreował w swoim filmie, ma klimat trącającego amatorszczyzną przedstawienia teatralnego.

Najgorsze zaś w tej litanii wad są dwie rzeczy. Jedna z nich to konstatacja, że wielkim nieobecnym są Włochy i sam klasztor na Monte Cassino. Choć brzmi to zadziwiająco, w filmie nie pada ani jedna kwestia po włosku, brakuje lokalnego kolorytu, sam budynek widzimy zaś w dwóch scenach, trwających w sumie może dwadzieścia sekund.

Sprawia to, że Czerwone maki mogłyby się rozgrywać w dowolnym miejscu na świecie: w Normandii, Tobruku albo na Iwo Jimie. Jak na produkcję poświęconą jednej z najważniejszych bitew polskiego wojska, jest to niedopatrzenie wagi ciężkiej.

Drugi dyskwalifikujący zarzut dotyczy tego, że film traktuje siebie śmiertelnie wprost poważnie. W swych poprzednich dziełach Łukaszewicz potrafił fantastycznie opowiadać proste, ale angażujące psychologicznie fabuły, w których nie było wielkich słów, gestów i symboli, ale których głębi nie dało się zakwestionować. Tym razem postanowił on położyć się na wznak i wypiąć pierś do orderu Virtuti Militari, przysługującego – jak mu się zapewne zdawało – z urzędu za nakręcenie produkcji ku pokrzepieniu polskich serc. W ten sposób Czerwone maki zaznaczają kolejne kratki w katalogu najgorszych cech rodzimego kina, z brakiem dystansu i nieznośną pretensjonalnością na czele. Nie może dziwić, że kiedy nadmuchany balon wielkich słów w końcu flaczeje, widok końcowy może spotkać się jedynie ze śmiechem widza.

Nie umiem niestety znaleźć powodu, dla którego reżyser tak zdolny i tak wrażliwy postanowił nakręcić film tandetny, nieprzemyślany, źle zagrany i leniwie zrealizowany. Mogę jedynie snuć przypuszczenia, że dzieła Łukaszewicza są tak dobre jak aktorzy, którzy w nich występują, a mistrzów tej sztuki – jak Przemysław Wyszyński w Raporcie Pileckiego czy Feliks Matecki w Orlętach. Grodno ’39 tym razem po prostu zabrakło. Nie mniej boli, jak wiele szans stracono na zadanie celnych pytań odnośnie do wagi strat osobowych i kulturowych, motywacji pojedynczych żołnierzy (zemsta, wolność kraju, wyrąbanie drogi ku pozostawionym w ojczyźnie bliskim…), a wreszcie oceny postawy aliantów wobec polskich sojuszników po zakończeniu wojny. Niestety, Czerwone maki nie bawią się w takie subtelności. Ważniejszy okazuje się źle pomyślany i źle zagrany romans, dla którego walka o starożytny klasztor jest jedynie bladym tłem. Wynik końcowy nietrudno jest przewidzieć: zamiast filmu pięknego jak tytułowe kwiaty, dostajemy suchy i odstręczający paździerz.

Reżyseria: Krzysztof Łukaszewicz
Gatunek: wojenny
Kraj produkcji: Polska
Rok: 2024
3
Zły
Opublikowano wEseje i analizy

Może Cię także zainteresować

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *