Z niepokojem stwierdzam, że coraz więcej rodzimych reżyserów nie odróżnia przedstawienia problemu moralnego od jednoznacznej oceny, jak ów problem należy rozwiązać. Efektem takiego podejścia staje się dydaktyzm, który nie zostawia miejsca na dialog, widza zaś traktuje jako poznawczo ułomnego. Jeżeli na dodatek film promuje wartości dyskusyjne, trudno nazwać go inaczej niż moralnie zepsutym.
Trudno nie traktować filmów jako odbicia ducha czasów, w których powstają. Kino stanowi sugestywny nośnik naszych postaw, przekonań i aspiracji, nadziei i lęków, opisuje lub konstruuje świat, dzięki czemu pozostawia po nas niezafałszowane świadectwo, odsłaniające niekiedy to, co być może pragnęlibyśmy ukryć. Niestety, jeżeli przyszły widz postanowi wystawić cenzurkę trzeciej dekadzie XXI wieku na podstawie filmu takiego jak Moje wspaniałe życie, nie będzie ona zbyt korzystna.