Menu Zamknij

Kategoria: Eseje i analizy

Moje wspaniałe życie

Łukasz Grzegorzek, Moje wspaniałe życie. Apologia upadku

Z niepokojem stwierdzam, że coraz więcej rodzimych reżyserów nie odróżnia przedstawienia problemu moralnego od jednoznacznej oceny, jak ów problem należy rozwiązać. Efektem takiego podejścia staje się dydaktyzm, który nie zostawia miejsca na dialog, widza zaś traktuje jako poznawczo ułomnego. Jeżeli na dodatek film promuje wartości dyskusyjne, trudno nazwać go inaczej niż moralnie zepsutym. 

Trudno nie traktować filmów jako odbicia ducha czasów, w których powstają. Kino stanowi sugestywny nośnik naszych postaw, przekonań i aspiracji, nadziei i lęków, opisuje lub konstruuje świat, dzięki czemu pozostawia po nas niezafałszowane świadectwo, odsłaniające niekiedy  to, co być może pragnęlibyśmy ukryć. Niestety, jeżeli przyszły widz postanowi wystawić cenzurkę trzeciej dekadzie XXI wieku na podstawie filmu takiego jak Moje wspaniałe życie, nie będzie ona zbyt korzystna.

Wyklęty

Konrad Łęcki, Wyklęty. Maciek Chełmicki – historia prawdziwa

Kino w zamierzeniu patriotyczne już w punkcie wyjścia narażone jest na nieznośny patos, moralne połajanki i czarno-białe widzenie świata. Konrad Łęcki dowodzi, że dysponując odpowiednim scenariuszem i reżyserskim wyczuciem, można zaproponować opowieść zupełnie inną – znacznie bardziej prozaiczną, a przez to prawdziwą. Wyklęty nie zastępuje komunistycznych mitów bogoojczyźnianą retoryką, lecz odkłamuje kawałek historii, ukazując tę ostatnią we wszystkich jej odcieniach.

Dobrych filmów poświęconych losom tzw. żołnierzy wyklętych nie ma w polskiej kinematografii zbyt wiele. Na ironię zakrawa fakt, że jedna z takich produkcji – mowa o Popiele i diamencie Andrzeja Wajdy – powstała w okresie głębokiego stalinizmu. Choć panuje milcząca zgoda, iż dzieła tego nie wypada krytykować, nie zmienia to faktu, że historię Maćka Chełmickiego oparto na zakłamanej książce Jerzego Andrzejewskiego, zwanej na salonach stolicy Gówno i zamęt.

28 lat później

Danny Boyle, 28 lat później. Dramat w dwóch aktach

Długie oczekiwanie rodziło wielkie nadzieje. 28 lat później miało być powrotem do szorstkiego, na wpół amatorskiego kina, rozsadzającego ciasne ramy gatunkowych stereotypów. Niestety, w zapędzie do dekonstrukcji wszystkiego, co tylko się da, Danny Boyle poszedł stanowczo za daleko. W rezultacie zamiast dobrego filmu grozy otrzymujemy coś, co nie jest ani dobre, ani straszne.

28 dni później było jednym z najbardziej oryginalnych filmów, jakie zrealizowano na początku tego wieku. Wykorzystując kontrolowaną niedbałość, zatrzymującą się w połowie drogi między normalnym filmem a found footage w stylu Blair Witch Project, Danny Boyle stworzył fenomenalną opowieść o końcu świata. Inaczej niż na przykład w World War Z, scenariusz wrzucał główną postać – kuriera rowerowego, Jima – w rzeczywistość po katastrofie, co reżyserowi pozwalało zaoszczędzić kosztów na rozmachu, a widzowi wraz z protagonistą odkrywać upiorny wymiar tego, co wydarzyło się w międzyczasie.

Exterminator

Michał Rogalski, Gotowi na wszystko. Exterminator. Graj Rodowicz dla szatana

Bromance po polsku z upiornym rzężeniem gitarowego przesteru w tle? A to wszystko w scenerii małego miasteczka, gdzie nie dzieje się zupełnie nic? Brzmi jak pomysł szaleńca albo geniusza. Całe szczęście Michał Rogalski ma wielki talent w czułym oddawaniu pozornie prostego i przewidywalnego życia. W efekcie Exterminator to hołd dla muzyki, męskiej przyjaźni i nieskomplikowanych ludzkich losów.

„Zegar tyka. Wszystkich” – stwierdził w Myślach nieuczesanych Stanisław Jerzy Lec. Najwyraźniej nasz wielki polski aforysta nie znał Marcysia Gałeckiego (Paweł Domagała). Wieczny chłopiec, fan dresowych bluz, komputerów marki Amiga i metalu puszczanego ze starego kaseciaka. Nigdy nie dorósł i dorosnąć nie chce, jak gdyby podskórnie wyczuwając, że tylko ta niekończąca się młodość pozwala mu przetrwać w prowincjonalnym miasteczku, zapomnianym przez Boga i ludzi, w którym magiczne zaklęcie, wyznaczające niezmienny rytm życia, brzmi: „szkoła, praca, dzieci, zgon”.

Kroll

Władysław Pasikowski, Kroll. Sztuka jest sztuka

Gotów jestem zaryzykować stwierdzenie, iż w dyskursie na temat polskiego kina nadal zbyt mały nacisk kładzie się na znaczenie zmian ustrojowych roku 1989. Niektórzy uznani reżyserzy, tworzący dotąd ambitne, subtelne kino (vide: Stanisław Różewicz) nie potrafili sprostać wymogom wczesnego kapitalizmu. Inni jednak doskonale odnaleźli się w nowej rzeczywistości i zaadaptowali do zmieniających się warunków. Jednym z młodych, którzy wykorzystali nadarzającą się wówczas szansę, był Władysław Pasikowski.

Lśnienie

Stanley Kubrick, Lśnienie. Bez olśnienia

Lśnienie jest uważane za jeden z najlepszych filmów grozy wszech czasów. I nie piszę tych słów tylko dlatego, że wygodnie nim zacząć recenzję. Wprost przeciwnie: zadałem sobie trud i sprawdziłem stosowne zestawienia przygotowane przez znane serwisy. IGN i Empire daje dziełu Kubricka zaszczytne pierwsze miejsce, TimeOut drugie, The Guradian i Collider piąte. Nieco bardziej powściągliwy jest Rolling Stone, lokujący produkcję dopiero na miejscu jedenastym. A już zupełnym zaskoczeniem jest odległe, bo dopiero 39. miejsce na liście czasopisma Harper Bazaar.

Kos

Paweł Maślona, Kos. Bajka o Kościuszce

Na ogół na łamach tej strony staram się unikać ironii w myśl dewizy, że naigrywanie się z dzieła kultury znamionuje najczęściej nieumiejętną próbę ukrycia braku rzeczowych argumentów. Tym razem jednak nie potrafię się powstrzymać głównie ze względu na to, jak często film Kos przyrównuje się do produkcji Quentina Tarantino. A zatem, nawiązując do słynnego mema: dziecko prosi o film Tarantino. Mama odpowiada: „Mamy Tarantino w domu”. Rzeczoną domową wersją autora Pulp Fiction okazuje się właśnie Paweł Maślona i jego najnowszy film.

Ostatni Komers

Dawid Nickel, Ostatni komers. Młodzieży portret obcy

Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego w polskim kinie wiek nastoletni częściej niż z pogłębioną analizą spotyka się ze skarykaturyzowaniem. Dość stwierdzić, że rodzimi twórcy – zamiast podejść do problemów dorastania ze zrozumieniem i wrażliwością – wydają się ograniczać badanie tematu do śledzenia rozmów z psychologami w telewizjach śniadaniowych i zdroworozsądkowych diagnoz socjologicznych, które w adolescencji widzą rozsadnik moralnego upadku i dowód na ostateczny kres znanej dotychczas kultury.

Panny z Wilka

Andrzej Wajda, Panny z Wilka. Mury opuszczonego kościoła

Jarosław Iwaszkiewicz posiadał niezwykły talent do pisania historii, które bez większego trudu da się przełożyć na język filmu. Nie może zatem dziwić, że lista jego dzieł – głównie opowiadań – które doczekały się ekranizacji, liczy kilkadziesiąt pozycji. Wśród nich są tak wybitne obrazy jak Ryś Stanisława Różewicza czy Matka Joanna od aniołów Jerzego Kawalerowicza. Panny z Wilka to natomiast tekst wyjątkowo trudny do oddania na celuloidowej taśmie – jednostajny, melancholijny, chwytający za serce refleksyjnością, trudną do wyrażenia obrazem.

Inni ludzie

Aleksandra Terpińska, Inni ludzie. Koszmar o Warszawie

Ekranizacja książki takiej jak Inni ludzi to zadanie beznadziejnie wręcz trudne. Jak bowiem tchnąć życie w zbiór memów o współczesnej kulturze, widzianej – po Freudowsku – jako źródło nieustannych cierpień? Na szczęście Aleksandra Terpińska to reżyserka na tyle zdolna, iż wyciska ona z tekstu źródłowego cały potencjał, to zaś, co dorzuca od siebie, stanowi dużą wartość dodaną. 

„Ile razy można oglądać to samo?” – chciałoby się donośnie zapytać po projekcji pełnometrażowego debiutu Aleksandry Terpińskiej. Ile jeszcze razy Warszawa (lub dowolna inna polska metropolia) zostanie sprowadzona do szarego morza betonu, upadłego bardziej niż Gotham City, opanowanego przez alkoholików i narkomanów, a przede wszystkim ludzi cierpiących na całkowity uczuciowy chłód, niczym klątwa przekazywany z pokolenia na pokolenie? O blokowiskach w latach dziewięćdziesiątych – tych, na których panowała beznadzieja, bieda i prawo silniejszego – opowiadał fantastyczny Poniedziałek Witolda Adamka, a z perspektywy czasu – Jesteś bogiem Leszka Dawida.