Menu Zamknij

Łukasz Grzegorzek, Moje wspaniałe życie. Apologia upadku

Moje wspaniałe życie

Z niepokojem stwierdzam, że coraz więcej rodzimych reżyserów nie odróżnia przedstawienia problemu moralnego od jednoznacznej oceny, jak ów problem należy rozwiązać. Efektem takiego podejścia staje się dydaktyzm, który nie zostawia miejsca na dialog, widza zaś traktuje jako poznawczo ułomnego. Jeżeli na dodatek film promuje wartości dyskusyjne, trudno nazwać go inaczej niż moralnie zepsutym. 

Trudno nie traktować filmów jako odbicia ducha czasów, w których powstają. Kino stanowi sugestywny nośnik naszych postaw, przekonań i aspiracji, nadziei i lęków, opisuje lub konstruuje świat, dzięki czemu pozostawia po nas niezafałszowane świadectwo, odsłaniające niekiedy  to, co być może pragnęlibyśmy ukryć. Niestety, jeżeli przyszły widz postanowi wystawić cenzurkę trzeciej dekadzie XXI wieku na podstawie filmu takiego jak Moje wspaniałe życie, nie będzie ona zbyt korzystna. Można tylko mieć nadzieję, że ów wyobrażony odbiorca zechce okazać odrobinę współczucia i uzna po prostu, że jego przodkowie byli nieudolnymi psychologami, którzy postawili na głowie świat wartości. Równie dobrze może on jednak dojść do wniosku, że produkcja Łukasza Grzegorzka to kolejny casus szerszej fiksacji na punkcie indywidualności i wolności, przy jednoczesnej ślepocie na naturę podstawowych więzów międzyludzkich. Nie jestem pewny, czy ta mocniejsza diagnoza nie jest trafniejsza.

Na pozór Moje wspaniałe życie to zwyczajna obyczajowa opowieść o przeciętnej kobiecie. Choć Jo (Agata Buzek) ma wszystko, by czuć się szczęśliwa, w jej domu nie dzieje się dobrze: przytłacza ją życie rodzinne, codzienne obowiązki, stagnacja i nuda. Dlatego, wbrew zajmowanemu stanowisku nauczycielki w szkole średniej, regularnie popala zioło i spotyka się z kochankiem, a zarazem kolegą ze szkoły – Maćkiem (Adam Woronowicz). Tłem dla wydarzeń są najbliżsi Jo, zwłaszcza jej mąż – Witek (Jacek Braciak), a także znajdujący się na progu dorosłości synowie. Sytuacja zaczyna się komplikować, kiedy niewierną małżonkę zaczyna nękać tajemniczy szantażysta. Kobieta zaczyna prowadzić grę – z rodziną i prześladowcą, który próbuje ją zniszczyć.

Kultura dla Ciebie
Jedna wiadomość miesięcznie. Zero spamu. Recenzje, eseje, analizy. Klasyka i nowości. Bez uproszczeń, z szacunkiem dla czasu i inteligencji Czytelnika.

Można podejrzewać, że Jo miała w zamyśle reprezentować rozterki kobiety, znajdującej się na życiowym zakręcie, w stadium stanowiącym odpowiednik męskiego kryzysu średniego. Wypalone małżeństwo, żyjące w emocjonalnej izolacji dzieci, nieuleczalnie chorująca matka – tak skrojony świat przedstawiony brzmi wystarczająco swojsko, by liczyć, że widz, zwłaszcza ten należący do tzw. sandwich generation, poczuje się w nim znajomo, choć niekoniecznie przytulnie. Wydawałoby się, że utożsamienie się w graną przez Buzek postacią, powinno wzbudzić względem niej sympatię, a przynajmniej zaowocować zrozumieniem. Kto z nas wszak nie marzy, by nie zostawić wszystkiego za sobą i nie uciec od codziennych trosk gdzieś, gdzie nikt nie będzie mógł nas znaleźć? A jednak nie robimy tego: boimy się konwenansów, oceny dokonanej przez innych i nieodwracalnych konsekwencji własnych wyborów. W ten sposób wiedziemy „potulnie przecierpiane życie”, jak stwierdził Hamlet, trzymając w ręce czaszkę błazna. Jo cierpieć nie chce. Wprost przeciwnie: pragnie wyłamać się z roli idealnej żony i matki, a w rezultacie – na złość konserwatywnym strażnikom moralności – zaczerpnąć jeszcze pełną garścią z wysychającego zdroju spontanicznego szczęścia. Jeżeli tak przedstawić wyjściową sytuację dramatyczną, to postępowanie Jo, na której Grzegorzek skupia oko kamery, może wydawać się usprawiedliwione – każdy ma przecież prawo do samostanowienia i szukania dla siebie najlepszej drogi.

A jednak taka konstatacja jest zarazem najkrótszą odpowiedzią, dlaczego Moje wspaniałe życie to film tak zły – nie w sensie technicznym czy artystycznym, ale czysto moralnym.

Jego sednem i naczelnym celem jest bowiem obrona upadku i apologia moralnego zgnicia. Na rzecz tej mocnej oceny wskazać można co najmniej kilka argumentów.

Naczelnym z nich jest obserwacja, że Jo to postać toksyczna, zamknięta wyłącznie w świecie swoich trosk i pragnień. Jej domniemane, stanowiące główny „wyzwolenia”, poświęcenie dla świata jest czysto fasadowe i zadeklarowane, nie zaś ukazane – w istocie praktycznie w ani jednej scenie nie robi ona nic, by dowieść, że spełnia jakiekolwiek powinności wobec innych i bierze na siebie czyjkolwiek ciężar. Wprost przeciwnie: odrzuca ona każdą dłoń wyciągniętą w jej stronę, wyraża wyłącznie negatywne uczucia, uśmiech na jej twarzy gości zaś tylko wtedy, gdy nikt nie zakłóca jej autystycznego dobrostanu. Jo nie definiują żadne pragnienia poza seksem i narkotykami, nie kierują nią żadne głębsze uczucia, prócz przesadnej troski o własne zdrowie, a także zupełnie nieracjonalnego, być może motywowanego wyłącznie ślepym buntem, opowiadania się po stronie zażywającej używki młodzieży. Aby jeszcze wyraźniej dostrzec, jak bardzo odrzucająca jest to postać, wystarczy postawić się w roli jej męża – człowieka o niewiarygodnym wręcz wewnętrznym spokoju, nie mniej uwikłanego w trudy codziennego życia, a mimo wszystko zachowującego przyzwoitość. Można oczywiście zarzucić Witkowi bycie nudnym i nazbyt ułożonym, nie sposób natomiast stwierdzić, iż jest on zły. Dlatego tak bardzo współczuje się męskiemu protagoniście, a jednocześnie podziwia go – obcując na co dzień z nieczułą, wiecznie niezadowoloną, ośmieszającą go żoną mógłby przecież postąpić jak Jo. A jednak tego nie czyni. Dlaczego? Jeden z polskich poetów pisał kiedyś o „kwestii smaku” i „chrząstkach sumienia”. Może tam właśnie należy szukać odpowiedzi. I tylko zastanawiać się można, dlaczego to Agata Buzek odgrywa tu pierwszoplanową postać, skoro to Braciak wciela się w prawdziwego protagonistę, któremu chce się kibicować i patrzeć na świat jego oczami.

Niestety, Moje wspaniałe życie manifestuje wszystkie problemy współczesnych filmów opowiadających o związkach międzyludzkich. Pod pozorem szerzenia humanistycznych wartości, są one wyłącznie afirmacją nieokiełznanego hedonizmu, a także żarłocznego nihilizmu, w którym indywidualność i dążenie do własnego szczęścia czyni z poczucia obowiązku i odpowiedzialności sentymentalny przeżytek. A przecież te podstawowe wartości moralne pojawiają się nie tylko w ujęciu konserwatywnym, które tak łatwo dziś wykpić.

Niestety, Grzegorzek zdaje się nie dostrzegać, że pod pozorem walki ze sztywnymi normami stworzył swoistego potwora Frankensteina – postać, w towarzystwie której nie chciałoby się przebywać nawet kilku chwil.

Następnie zaś, wychodząc od tej fałszywej nuty, komponuje on pod jej dyktando pozostałe wydarzenia, sugerując widzowi, że – o zgrozo – powinien Jo współczuć. Ostatnia scena jest pod tym względem wyjątkowo absurdalna: grana przez Buzek postać otrzymuje bowiem bezkompromisowe wsparcie rodziny. Film nie odpowiada jednak na pytanie: wsparcie w czym? Bez braku skruchy, przyznania się do winy i postanowienia poprawy, można jedynie wnioskować, że w krzywdzeniu innych. To doprawdy okropna lekcja, jednak najwyraźniej z nią chce widza pozostawić film. Dlatego po seansie towarzyszy poczucie goryczy: dokładnie takie, jakie dręczyło mnie po lekturze Na plaży Chesil Iana McEwana, w której główna bohaterka – a wraz z nią narrator – obwinia świeżo poślubionego męża za to, że ten nie przeprosił żony za popełnione przez nią błędy. Gdzie w tym wszystkim jakakolwiek logika? To oczywiście pytanie retoryczne.

W tym potoku Nietzscheańskiego immoralizmu niemalże umykają fabularne braki. Cała intryga związana z szantażem opiera się na nadziei, że widz nie zada kilku fundamentalnych pytań. Dlaczego szantażysta postąpił w sposób, w jaki postąpił? Czemu stopniował napięcie niczym w dreszczowcu, zamiast od razu zmusić Jo do działania, na którym mu zależało? Z jakiego powodu główna bohaterka nie poinformowała swojego kochanka o kierowanych do niej listach, zamiast tego zatrudniając prywatnego detektywa? (Możemy się jedynie domyślać, iż odpowiedź na ostatnie z tych pytań brzmi: bo wtedy fabuła posypałaby się niczym domek z kart, nim film dotarłby do trzydziestej minuty). Scenariuszowych braków jest tu zresztą więcej: kuleją motywacje – dotyczy to w szczególności nakreślonej bardzo z grubsza postaci młodszego syna, Jana – zdarzają się niewiarygodne zbiegi okoliczności, nie sposób również nie dostrzec błędów rzeczowych. Fabuła okazuje się zatem jedynie pretekstem, by przedstawić odyseję Jo, która jednak – jak wiemy – pozostawia widza z poczuciem intelektualnego wyjałowienia i moralnego kaca.

To wszystko sprawia, iż  Moje wspaniałe życie to film najzwyczajniej smutny. Nie dlatego jednak, że opowiada głęboko poruszającą historię, lecz dlatego, że reżyser i scenarzysta naprawdę uwierzył, iż jest stanie wzbudzić w kimkolwiek sympatię czy współczucie. W rezultacie zamiast dramatu o wyłamywaniu się z nudnego, schematycznego życia, powstała fabułka o karykaturalnej emancypacji. Film ma jednak jedną niewątpliwą zaletę: dobitnie uświadamia, że – wbrew wielkiej pochwale wolności – nie jesteśmy samotnymi wyspami, nasze decyzje każą zaś brać pod uwagę coś więcej niż własne szczęście. Niestety, ten cenny wniosek wynika raczej z przeciwstawienia się temu, co film chce powiedzieć, nie z podążania za tym, co pragnie nam przekazać.

Reżyseria: Łukasz Grzegorzek
Gatunek: dramat obyczajowy
Kraj produkcji: Polska
Rok: 2021
3
Zły
Opublikowano wEseje i analizy

Może Cię także zainteresować

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *