Film stworzony w ramach trzyodcinkowego cyklu Kto ratuje jedno życie, ten ratuje cały świat. Pracujący na Wiśle piaskarz Leon wyławia z wody żydowską kobietę z córką. Mimo terroryzujących okolicę Niemców, decyduje się dać im schronienie. Film Rogalskiego, podobnie jak inne produkcje z serii, ma charakter bardzo kameralny, ocierający się wręcz o dobre przedstawienie Teatru TV. Jako że reżyser nie może zaimponować widzom wizualnymi wodotryskami, korzysta z atutu, który ma w ręku, a mianowicie – fenomenalnie napisanych postaci. Ciotka Hitlera koncentruje się przede wszystkim na warstwie psychologicznej, dobrze zrealizowanej zarówno za sprawą znakomitej inscenizacji, jak i dobrego aktorstwa. Ten ostatni aspekt jest najbardziej zaskakujący, bo Rogalski zaangażował artystów mniej znanych, a przez to – jeszcze nieopatrzonych. Wywiązują się oni jednak znakomicie ze swojego zadania, kreując przekonujące postaci, których los naprawdę obchodzi odbiorcę. Dodatkowo moja profesja akademika każe docenić niejednoznaczną warstwę moralną, którą dostrzegam zupełnie inaczej niż ci, którzy uważają, że celem produkcji jest ukazanie naszych rodaków jako świętych. To w istocie ciekawa myśl, nie ma ona jednak wiele wspólnego z rzeczywistością, bowiem Ciotka Hitlera przedstawia gradient postaw od herosów do szmalcowników, stawiając przy tym pytanie, jak daleko można się posunąć, by ocalić drugiego człowieka. Jednym słowem: piękne, skromne kino, które za sprawą swej mądrości nieodmiennie kojarzy mi się ze specyfiką Stanisława Różewicza. Bardzo polecam.
Pierwsza część W lesie dziś nie zaśnie nikt bezkompromisowo przenosiła na rodzimy grunt pomysły dobrze znane z zachodnich slasherów, wzbogacone pełną świadomością gatunkowych ograniczeń i klisz. Druga część stara się robić to samo, lecz idzie w tym względzie znacznie dalej.
Jako że od upadku PRL mijają kolejne lata, nie może dziwić, iż rodzimi filmowcy z rozrzewnieniem spoglądają w przeszłość i coraz większą liczbę produkcji osadzają w epoce słusznie już minionej. Niestety, efekt końcowy rzadko kiedy jest interesujący, najpewniej dlatego, że przy wykorzystaniu typowego budżetu polskiej produkcji można co najwyżej zbudować skansen, a nie pełnoprawny, tętniący życiem świat z przeszłości.
Z niepokojem stwierdzam, że coraz więcej rodzimych reżyserów nie odróżnia przedstawienia problemu moralnego od jednoznacznej oceny, jak ów problem należy rozwiązać. Efektem takiego podejścia staje się dydaktyzm, który nie zostawia miejsca na dialog, widza zaś traktuje jako poznawczo ułomnego. Jeżeli na dodatek film promuje wartości dyskusyjne, trudno nazwać go inaczej niż moralnie zepsutym.
Trudno nie traktować filmów jako odbicia ducha czasów, w których powstają. Kino stanowi sugestywny nośnik naszych postaw, przekonań i aspiracji, nadziei i lęków, opisuje lub konstruuje świat, dzięki czemu pozostawia po nas niezafałszowane świadectwo, odsłaniające niekiedy to, co być może pragnęlibyśmy ukryć. Niestety, jeżeli przyszły widz postanowi wystawić cenzurkę trzeciej dekadzie XXI wieku na podstawie filmu takiego jak Moje wspaniałe życie, nie będzie ona zbyt korzystna.
Film przedstawia mało znany moment z życia kard. Stefana Wyszyńskiego, który w czasie akcji Burza stacjonował w zakładzie dla ociemniałych w podwarszawskich Laskach. Syka skupia oko kamery przede wszystkim na codziennych dylematach, związanych z rozdarciem pomiędzy hasłem miłowania nieprzyjaciół a widocznym na co dzień zezwierzęceniem tych ostatnich. Konflikt moralny jest w tu w istocie przedstawiony wzorcowo.
Ekranizacja książki takiej jak Inni ludzi to zadanie beznadziejnie wręcz trudne. Jak bowiem tchnąć życie w zbiór memów o współczesnej kulturze, widzianej – po Freudowsku – jako źródło nieustannych cierpień? Na szczęście Aleksandra Terpińska to reżyserka na tyle zdolna, iż wyciska ona z tekstu źródłowego cały potencjał, to zaś, co dorzuca od siebie, stanowi dużą wartość dodaną.
„Ile razy można oglądać to samo?” – chciałoby się donośnie zapytać po projekcji pełnometrażowego debiutu Aleksandry Terpińskiej. Ile jeszcze razy Warszawa (lub dowolna inna polska metropolia) zostanie sprowadzona do szarego morza betonu, upadłego bardziej niż Gotham City, opanowanego przez alkoholików i narkomanów, a przede wszystkim ludzi cierpiących na całkowity uczuciowy chłód, niczym klątwa przekazywany z pokolenia na pokolenie? O blokowiskach w latach dziewięćdziesiątych – tych, na których panowała beznadzieja, bieda i prawo silniejszego – opowiadał fantastyczny Poniedziałek Witolda Adamka, a z perspektywy czasu – Jesteś bogiem Leszka Dawida.
Kochająca matka i przykładna żona, Magda (Anna Smołowik) przypadkowo znajduje w parku ciało młodej kobiety. Śledztwo w sprawie morderstwa prowadzi komisarz Jacek Sikora (Paweł Domagała), niegrzeszący błyskotliwością – by ująć rzecz oględnie – dawny kolega Magdy. Owa nietypowa para, pomimo początkowych animozji, cierpliwie współpracuje, by znaleźć zabójcę, a przy okazji rozwikłać także inne niewyjaśnione sprawy z przeszłości. Piotr Mularuk uwarzył w swej produkcji prawdziwą mieszankę różnorodnych stylistyk i nawiązań.
Nie mam nic przeciwko tworzeniu filmów o dysfunkcjach i patologiach. Mam natomiast bardzo wiele do powiedzenia przeciwko filmom, które rzeczone zjawiska nie tylko traktują jako normę, ale także starają się przebrać w ramy moralitetu, by ową normę uznać za godną naśladowania.
Sprawdzony przepis na współczesne polskie kino wymaga wykorzystania kilku składników: doniosłego problemu społecznego jako kluczowego punktu fabuły, nieznośnego moralizmu polegającego na nachalnym wykładaniu odbiorcy poglądów reżysera lub scenarzysty, galerii poważnie zaburzonych postaci promujących zupełny moralny i intelektualny upadek, wreszcie – zwłaszcza w przypadku komedii – wyraźnie zaznaczonych pretensji do sztuki wyższej, co na ogół kończy się pozbawieniem produkcji komizmu.
Pisząc swoją książkę, Tatiana Țîbuleac wyraźnie próbowała osiągnąć dwa cele. Jeden z nich to naszkicowanie wiarygodnej relacji matka-dziecko w sytuacji wystawienia jej na ciężką próbę. Drugi to dowiedzenie, że związki rodzinne – nawet jeżeli trudne – mają dla nas znaczenie formacyjne, a przez to wymagają szczególnej troski. Niestety, obie te lekcje nie tylko wypadają sztucznie, ale – co gorsza – estetyzują zachowania patologiczne, które poza kartami powieści wymagają jednoznacznego napiętnowania.
Lato, gdy mama miała zielone oczy to przykład powieści skrojonej pod nagrody i wyróżnienia. Już sam temat osobistych, niełatwych bynajmniej uczuć, wzbogacony komentarzem społecznym na temat chorób psychicznych, daje nieodparte poczucie obcowania z literaturą jeżeli nie wielką, to przynajmniej do wielkości pretendującą. W przekonaniu tym utwierdza czytelnika poetycki styl prowadzonej z perspektywy lat narracji, przypominającej gorzką, pełną tęsknoty za przeszłością gawędę.
Filmowa adaptacja fenomenalnego dramatu Wstyd autorstwa Marka Modzelewskiego, wystawianego na deskach Teatru Współczesnego. Odwołany przez pana młodego ślub staje się pretekstem do ukazania konfliktu mentalności dwóch całkowicie różnych par rodziców niedoszłych nowożeńców – postępowych kabotynów i cwanych dewotów. W tym początkowo łagodzonym sporze błyskawicznie dochodzi do eskalacji, odsłaniającej popękane charaktery, w których bez trudu możemy dostrzec typy przerysowane, choć znane z codziennego życia.