W cyklu „Kwadrans, nie dłużej” zbieram wrażenia z filmów obejrzanych częściowo, które w ciągu kwadransa (lub pierwszych 20%) nie zachęciły mnie do dalszego seansu. Ocenianie jakiegokolwiek dzieła sztuki po cząstkowym zapoznaniu się z nim jest kontrowersyjne. Mimo to jest kilka powodów, by przyjąć takie podejście
Święta Bożego Narodzenia. Funkcjonariusz kontroli lotniskowej zostaje wplątany w intrygę: ma pozwolić na przemycenie śmiercionośnego środka paralityczno-drgawkowego na pokład samolotu. Stawką jest życie ludzi na lotnisku – w tym jego ciężarnej partnerki. Miejsce akcji i bożonarodzeniowa sceneria od razu każą szukać podobieństw z drugą częścią Szklanej pułapki.
Filmowy zapis zbrodni, jakich w latach 40. i 50. ubiegłego wieku dopuścił się krakowski morderca, Władysław Mazurkiewicz. Niestety, film Langa, który stara się opowiedzieć tę historię, okazuje się na tyle niekonsekwentny, że trudno precyzyjnie go streścić. Główną postacią nie jest bowiem sam Mazurkiewicz, ale ścigający go milicjant – Karski.
Trudno nie traktować filmów jako odbicia ducha czasów, w których powstają. Kino stanowi sugestywny nośnik naszych postaw, przekonań i aspiracji, nadziei i lęków, opisuje lub konstruuje świat, dzięki czemu pozostawia po nas niezafałszowane świadectwo, odsłaniające niekiedy to, co być może pragnęlibyśmy ukryć. Niestety, jeżeli przyszły widz postanowi wystawić cenzurkę trzeciej dekadzie XXI wieku na podstawie filmu takiego jak Moje wspaniałe życie, nie będzie ona zbyt korzystna.
Autor publikacji to jeden z najwybitniejszych w powojennej Polsce popularyzatorów wiedzy w zakresie nauki i techniki. W tej cienkiej książeczce, wydanej wspólnie przez IPN i Instytut Historii PAN, pokazuje on swoje inne oblicze: młodego człowieka rzucanego z miejsca na miejsce wichrami wojny. Praca składa się z trzech części, odpowiadających trzem etapom okupacyjnego życia Przyrowskiego.
Spośród wszystkich katastrof, jakie dotknęły nasz kraj po drugiej wojnie światowej, zatonięcie promu Jan Heweliusz pozostaje jedną z mniej znanych. Niemały w tym paradoks, biorąc pod uwagę, że – w odróżnieniu od wybuchu warszawskiej Rotundy czy katastrofy samolotu Tadeusz Kościuszko w Lesie Kabackim – wypadek ten wydarzył się już po transformacji ustrojowej. Nie ulega wątpliwości, że produkcja Heweliusz to duży krok w stronę zwiększenia zainteresowania wydarzeniami sprzed ponad trzydziestu lat.
David Fincher to dla mnie od zawsze i na zawsze Siedem. Niestety, im reżyser starszy, tym jego instynkt do tworzenia dobrych produkcji okazuje się bardziej stępiony. Tragiczny Mindhunter, źle opowiedziany Skorpion i głupi w swoim zamyśle The Social Network to przykłady najnowsze. Azyl pokazuje natomiast, że reżyser zaczął obniżać loty znacznie wcześniej, bo już na początku tego wieku.
Typowa (czytaj: pozornie normalna, w rzeczywistości – skłócona) polska rodzina spotyka się na pogrzebie namiętnego gracza w totolotka. Sytuacja komplikuje się, gdy wychodzi na jaw, że zmarły został pochowany ze zwycięskim kuponem w kieszeni marynarki. Rozpoczyna się bezpardonowa walka o niespodziewane bogactwo. Mateusz Głowacki buduje film, który można streścić w zdaniu: „Znacie? To posłuchajcie!”.
Bezpośrednia kontynuacja intrygującego Poniedziałku, filmu, który – obok produkcji Pieniądze to nie wszystko Juliusza Machulskiego – jako jeden z pierwszych ukazywał mało chlubne konsekwencje przemian zmian ustrojowych początku lat 90. Tym razem dwójka znanych z poprzedniej części postaci – Bolec (Grzegorz Borek) oraz Dawid (Paweł Kukiz) – postanawiają zainwestować zdobyte pieniądze i na wiejskim odludziu założyć klub ze striptizem.
Dobrych filmów poświęconych losom tzw. żołnierzy wyklętych nie ma w polskiej kinematografii zbyt wiele. Na ironię zakrawa fakt, że jedna z takich produkcji – mowa o Popiele i diamencie Andrzeja Wajdy – powstała w okresie głębokiego stalinizmu. Choć panuje milcząca zgoda, iż dzieła tego nie wypada krytykować, nie zmienia to faktu, że historię Maćka Chełmickiego oparto na zakłamanej książce Jerzego Andrzejewskiego, zwanej na salonach stolicy Gówno i zamęt.