Bez mała sześćdziesiąt lat na scenie – takim dorobkiem może pochwalić się bardzo mała liczba rockowych wykonawców. Jeżeli dodamy do tego współpracę z największymi zespołami, takimi jak Black Sabbath czy Deep Purple, wniosek może być tylko jeden: Glenn Hughes to jeden z najbardziej doświadczonych muzyków nadal aktywnych na scenie. Jego piętnasty solowy album ukazał się po aż dziewięcioletniej przerwie. Dzięki temu słuchacz może mieć uzasadnioną nadzieję, że Chosen to efekt rzadkiej synergii: kunsztu artysty z najlepszymi spośród zbieranych przez dekadę pomysłów.
Urodzony w roku 1861 Baliński – dawny sędzia Sądu Najwyższego i senator – spisał swe wspomnienia o Warszawie, a zwłaszcza o rewolucyjnych zmianach, jakie miasto przechodziło w ciągu kilku dekad na przełomie XIX i XX. Autor wspomina ludzi, miejsca i zdarzenia, które charakteryzowały stolicę w tamtym okresie: zabiera czytelnika do lokali gastronomicznych, pokazuje, jak spędzało się święta, w jakich warunkach mieszkała młodzież uniwersytecka czy z jakimi trudnościami wiązało się podróżowanie.
Lśnienie jest uważane za jeden z najlepszych filmów grozy wszech czasów. I nie piszę tych słów tylko dlatego, że wygodnie nim zacząć recenzję. Wprost przeciwnie: zadałem sobie trud i sprawdziłem stosowne zestawienia przygotowane przez znane serwisy. IGN i Empire daje dziełu Kubricka zaszczytne pierwsze miejsce, TimeOut drugie, The Guradian i Collider piąte. Nieco bardziej powściągliwy jest Rolling Stone, lokujący produkcję dopiero na miejscu jedenastym. A już zupełnym zaskoczeniem jest odległe, bo dopiero 39. miejsce na liście czasopisma Harper Bazaar.
Brytyjski dźwiękowiec przyjeżdża do Włoch, by podjąć pracę przy niskobudżetowym filmie grozy. Szybko okazuje się jednak, że zadanie to zaczyna go psychicznie przerastać. Sam pomysł – szkatułkowy film w filmie, a przy okazji hołd dla tych, których nie widać przed kamerą – jest świetny. Niestety, zupełnie brakło scenariusza, by przedstawić go w przekonującej formie. Strickland chce pokazać wrażliwego artystę, który osuwa się w odmęty szaleństwa, nie potrafi jednak zbudować narracji, która mogłaby przykuć uwagę, nie mówiąc już o tym, że w filmie nie ma cody!
Kinga Jasińska (Anna Andrzejewska) wraca po studiach polonitycznych do rodzinnego domu. Okazuje się, że w opuszczonej przed laty małej miejscowości nie ma dla niej odpowiedniej pracy, a na dodatek nie najlepiej układa jej się z rodzicami. Wkrótce poznaje autsajderkę i malarkę Łysą (Sara Celler-Jezierska), z którą zaprzyjaźnia się i stopniowo spędza coraz więcej czasu. Tymczasem rodzice, żyjący z uprawy tytułowych kwiatów, popadają w tarapaty finansowe, nakręcające spiralę coraz większych problemów.
Zmęczona, rozczarowana życiem Marta (Katarzyna Krzanowska) organizuje przyjęcie dla nastoletniej córki. Dziewczyna nie wraca jednak wieczorem do domu. Bezradna kobieta kontaktuje się z własną matką (Teresa Budzisz-Krzyżanowska), z którą nie utrzymywała kontaktu przez ostatnie trzy dekady. Obie rozpoczynają gorączkowe poszukiwania, przemierzając skąpane w mroku ulice Warszawy. Na pierwszy rzut oka zarysowany wyżej pomysł powinien stanowić punkt wyjścia dla zrealizowania angażującej opowieści o zrastaniu się dawno zadanych ran i jedności w sytuacjach granicznych.
Na ogół na łamach tej strony staram się unikać ironii w myśl dewizy, że naigrywanie się z dzieła kultury znamionuje najczęściej nieumiejętną próbę ukrycia braku rzeczowych argumentów. Tym razem jednak nie potrafię się powstrzymać głównie ze względu na to, jak często film Kos przyrównuje się do produkcji Quentina Tarantino. A zatem, nawiązując do słynnego mema: dziecko prosi o film Tarantino. Mama odpowiada: „Mamy Tarantino w domu”. Rzeczoną domową wersją autora Pulp Fiction okazuje się właśnie Paweł Maślona i jego najnowszy film.
Wiejskimi bezdrożami, po urokliwych równinach Mazowsza toczy się konwój wiozący tajemnicze urządzenie, które ma trafić aż do Szczecina. Robotnicy – których liczba jest stanowczo zbyt duża, biorąc pod uwagę skomplikowanie przydzielonego im zadania – prowadzą beznadziejną egzystencję, odmierzaną mozolnie pokonywanymi kilometrami. Sytuacja komplikuje się, kiedy konwój natrafia na zbyt niski wiadukt, którego pokonanie będzie wymagać wiele – rzecz jasna zupełnie bezsensownego – wysiłku.
Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego w polskim kinie wiek nastoletni częściej niż z pogłębioną analizą spotyka się ze skarykaturyzowaniem. Dość stwierdzić, że rodzimi twórcy – zamiast podejść do problemów dorastania ze zrozumieniem i wrażliwością – wydają się ograniczać badanie tematu do śledzenia rozmów z psychologami w telewizjach śniadaniowych i zdroworozsądkowych diagnoz socjologicznych, które w adolescencji widzą rozsadnik moralnego upadku i dowód na ostateczny kres znanej dotychczas kultury.
Trójka pracowników śląskiej fabryki samochodów osobowych traci zatrudnienie. Aby zapomnieć o tym smutnym wydarzeniu, udają się na imprezowy wieczór do Warszawy, sfinansowany odprawą jednego z nich. W drodze powrotnej przymusowo zatrzymują się w małej miejscowości, gdzie lokalni mieszkańcy biorą ich za niemieckich biznesmenów, mających w okolicy zbudować fabrykę. Już ten lakoniczny opis sugeruje, że Wereśniak nie zamierza wychodzić poza wykorzystanie klasycznego komediowego motywu qui pro quo w odsłonie – co by nie mówić – cokolwiek prostackiej.