Pisząc swoją książkę, Tatiana Țîbuleac wyraźnie próbowała osiągnąć dwa cele. Jeden z nich to naszkicowanie wiarygodnej relacji matka-dziecko w sytuacji wystawienia jej na ciężką próbę. Drugi to dowiedzenie, że związki rodzinne – nawet jeżeli trudne – mają dla nas znaczenie formacyjne, a przez to wymagają szczególnej troski. Niestety, obie te lekcje nie tylko wypadają sztucznie, ale – co gorsza – estetyzują zachowania patologiczne, które poza kartami powieści wymagają jednoznacznego napiętnowania.
Lato, gdy mama miała zielone oczy to przykład powieści skrojonej pod nagrody i wyróżnienia. Już sam temat osobistych, niełatwych bynajmniej uczuć, wzbogacony komentarzem społecznym na temat chorób psychicznych, daje nieodparte poczucie obcowania z literaturą jeżeli nie wielką, to przynajmniej do wielkości pretendującą. W przekonaniu tym utwierdza czytelnika poetycki styl prowadzonej z perspektywy lat narracji, przypominającej gorzką, pełną tęsknoty za przeszłością gawędę. A jednak ów pozór głębi ulata po zaledwie kilku, może kilkunastu początkowych stronach. Kiedy zaś docieramy do ostatnich akapitów, przekonujemy się, że Tatiana Țîbuleac zwodzi czytelnika na manowce. Powód jest zaś bardzo prosty: pod skórą brakuje krwi i żywej tkanki, w którą dałoby się wsypać sól.
Głównym bohaterem powieści jest nastoletni Aleksy – mieszkający w stolicy Wielkiej Brytanii syn polskich imigrantów. Nastolatek właśnie zakończył kolejny rok szkoły specjalnej, do której uczęszcza ze względu na chorobę psychiczną. Ten punkt wyjścia dla rozwoju głównego bohatera pozwala wczuć się w jego wyobcowanie i samotność, zwłaszcza że brakuje mu ojca, boryka się ze śmiercią siostry, a do tego szczerze nienawidzi swojej matki. Niechęć do tej ostatniej jest zresztą całkowicie zrozumiała: kobieta jest głośna, zachowuje się irracjonalnie i charakteryzuje się niekończącymi wprost pokładami egzaltacji, połączonej z nie mniejszym egoizmem. „Była mała i gruba, głupia i brzydka. Najbardziej bezużyteczna ze wszystkich matek, jakie dotąd istniały”, pisze o niej syn, my zaś w trakcie rozwoju fabuły przekonujemy się, że ta surowa ocena nie jest bynajmniej bezpodstawna. Spodziewamy się wprawdzie, że mimo początkowych animozji dojdzie do jakiegoś pojednania – sugeruje nam to wyraźnie opis na tylnej okładce – oczekujemy jednak, że stanie się to stopniowo, a przynajmniej w sposób wiarygodny psychologicznie. Nic z tych rzeczy.
Główny problem debiutu Țîbuleac polega na tym, że autorka zbyt bardzo ufa transformacyjnej roli doświadczeń, które Karl Jaspers nazywa granicznymi. To właśnie jedno z takich przeżyć ma być katalizatorem dalszej akcji, rozgrywającej się już nie w Londynie, lecz na francuskiej prowincji. Przesadna wiara w odmieniającą moc zetknięcia ze sprawami ostatecznymi prowadzi do tego, iż opowieść staje się psychologicznie mało wiarygodna. Aleksy to człowiek, który nigdy nie nauczył się kochać – w istocie umie wyłącznie nienawidzić – nie jest też skłonny wybaczać. Wystarczy jednak wizja utraty matki, by z niewiadomego powodu zaczął odczuwać zupełne inne, nieznane wcześniej emocje. Warto odnotować, że zachowanie kobiety wciąż jest tak samo irytujące jak na początku: nadal miewa osobliwe pomysły, karmi syna popcornem i piwem, a do tego niezwykle łatwo popada w uniesienie, objawiające się napadami nieznośnie wzniosłego słowotoku. Również sam Aleksy, który jest jednocześnie narratorem, nie wspomina o żadnej zmianie w postrzeganiu tych zachowań, która mogłaby tłumaczyć przemianę jego stosunku do matki. Skąd zatem ta transformacja głównego bohatera? Nie wiadomo.
Niestety, Lato, gdy mama miała zielone oczy grzęźnie w banałach o doniosłym znaczeniu relacji rodzinnych, które – wbrew pozornej szorstkości języka – w ujęciu pochodzącej z Rumunii autorki przykrywa gruba warstwa mdłego lukru.
W tym większe osłupienie wprawiają niektóre recenzje powieści, które zupełnie pomijają te właśnie fałszywe nuty i pustkę, która wyziera z kolejnych stronic, zamiast tego ubierając w wielkie słowa prawdy, które w gruncie rzeczy lepiej wypadają nagie. W potoku komplementów nikt nie zauważa albo nie chce zauważać, że opowieść ma przekonywać przede wszystkim warstwą psychologiczną, ta zaś odstręcza czytelnika. Nie chodzi o to, że Aleksy-narrator – trzydziestoletni, bogaty malarz, który snuje opowieść o życiu Aleksego-nastolatka – jest antybohaterem, choć narkomania i pomiatanie ludźmi z pewnością nadają mu takie cechy. O wiele bardziej uderza owa banalność i miałkość, które Țîbuleac chce ukryć, przekonując nas, że przecież „to jest życie”, że „trzeba wybaczać”, że „każdy zasługuje na pamięć”. Im bliżej końca, tym spiętrzenie truizmów rośnie, aż w końcu osiąga punkt krytyczny, w którym czytelnik zdaje sobie sprawę, że może ta krótka powieść była jednak mimo wszystko stratą czasu.
Być może. A jednak nie sposób nie odczuwać pewnej satysfakcji, która płynie z obcowania z książką – ale nie z opowiedzianą historią czy bohaterami, lecz z językiem. Tekst przełożony jest wspaniale, autorce zdarzają się zaś bardzo dobre, zdyscyplinowane fragmenty, w których język jest oszczędny, a jednocześnie kreuje sugestywną atmosferę. (Dzieje się tak na przykład w scenie wywiadu Aleksego z ukraińską dziennikarką). Oczywiście styl dostosowany jest do rozwoju fabuły, dlatego czytelnik odczuwa szczerą satysfakcję przede wszystkim z brutalnego i szorstkiego języka, który wprawdzie potem ulega coraz większym wygładzeniom, ale – może za sprawą charakteru samego Aleksego – nigdy nie dociera do punktu, w którym zupełnie traci charyzmę, a tym samym przestaje dawać satysfakcję.
A zatem ponownie: pozorna zaleta okazuje się w istocie wadą, estetyzując jawną psychologiczną miałkość.
Lato, gdy mama miała zielone oczy można interpretować na dwa sposoby: albo jako opowieść o znaczeniu więzów rodzinnych, które na zawsze pozostają z nami, albo o chorym psychicznie człowieku zafiksowanym na być może nie mniej chorej matce. Nie widzę powodów, dla których druga z tych interpretacji nie miałaby być tą właściwą. Wprost przeciwnie: nawet jeżeli to nieżyczliwe odczytanie wypacza myśl autorki, to Țîbuleac nie robi nic, by przekonać czytelnika, który idzie tym tropem, że znajduje się w błędzie. Rzecz w tym, że jeżeli ktoś przyjmie tę właśnie optykę, to może bardzo zasadnie zastanawiać się nad sensowną zgłębiania tego brudnego, zwichniętego u swych podstaw świata. Daje on wprawdzie asumpt, by osnuć wokół niego wiele analiz i pisać pięknymi słowami o pięknych sprawach, ale warto wyjść od pytania – czy książka w ogóle o nich mówi? Raz jeszcze powtórzę: bynajmniej nie jestem o tym przekonany.