Kontynuacja filmu Teściowie, zaadaptowanego ze sztuki teatralnej autorstwa Marka Modzelewskiego. Tym razem rodzice panny młodej i matka pana młodego, których ślub nie doszedł do skutku w części pierwszej, wybierają się do luksusowego hotelu, gdzie ma odbyć się uroczystość. Tak jak poprzednim razem, cały komizm ma wynikać z przeciwstawienia postawy nieporadnych prowincjuszy i obytych w świecie, ale cynicznych dorobkiewiczów.
Jako że od upadku PRL mijają kolejne lata, nie może dziwić, iż rodzimi filmowcy z rozrzewnieniem spoglądają w przeszłość i coraz większą liczbę produkcji osadzają w epoce słusznie już minionej. Niestety, efekt końcowy rzadko kiedy jest interesujący, najpewniej dlatego, że przy wykorzystaniu typowego budżetu polskiej produkcji można co najwyżej zbudować skansen, a nie pełnoprawny, tętniący życiem świat z przeszłości.
Członek rodziny magnatów gier planszowych bierze ślub. Nim jednak jego żona dołączy do familii, musi przejść osobliwy test. Ten bardzo skompresowany opis ujmuje właściwie całą fabułę, w której pojawia się przekazywana z pokolenia na pokolenie klątwa, satanizm i satyra na świętość rodziny. Niestety, mimo iż Bettinelli-Olpin i Gillett chcą połączyć rasowe kino gore z komedią, mają zdecydowanie zbyt mało wyczucia i subtelności, by powstały mariaż uznać za udany.
W wyniku zbiegu okoliczności Szyja (Paweł Domagała) zostaje sobowtórem celebryty Mikołaja Mazura. Dzięki temu może od podszewki poznać zepsuty świat warszawskiego show biznesu. Jak można się domyślić po tym lakonicznym, choć streszczającym znaczną większość fabuły opisie, w kontynuacji Wkręconych Piotr Wereśniak ponownie operuje na sprawdzonym schemacie qui pro quo.
Typowa (czytaj: pozornie normalna, w rzeczywistości – skłócona) polska rodzina spotyka się na pogrzebie namiętnego gracza w totolotka. Sytuacja komplikuje się, gdy wychodzi na jaw, że zmarły został pochowany ze zwycięskim kuponem w kieszeni marynarki. Rozpoczyna się bezpardonowa walka o niespodziewane bogactwo. Mateusz Głowacki buduje film, który można streścić w zdaniu: „Znacie? To posłuchajcie!”.
Bezpośrednia kontynuacja intrygującego Poniedziałku, filmu, który – obok produkcji Pieniądze to nie wszystko Juliusza Machulskiego – jako jeden z pierwszych ukazywał mało chlubne konsekwencje przemian zmian ustrojowych początku lat 90. Tym razem dwójka znanych z poprzedniej części postaci – Bolec (Grzegorz Borek) oraz Dawid (Paweł Kukiz) – postanawiają zainwestować zdobyte pieniądze i na wiejskim odludziu założyć klub ze striptizem.
Bromance po polsku z upiornym rzężeniem gitarowego przesteru w tle? A to wszystko w scenerii małego miasteczka, gdzie nie dzieje się zupełnie nic? Brzmi jak pomysł szaleńca albo geniusza. Całe szczęście Michał Rogalski ma wielki talent w czułym oddawaniu pozornie prostego i przewidywalnego życia. W efekcie Exterminator to hołd dla muzyki, męskiej przyjaźni i nieskomplikowanych ludzkich losów.
„Zegar tyka. Wszystkich” – stwierdził w Myślach nieuczesanych Stanisław Jerzy Lec. Najwyraźniej nasz wielki polski aforysta nie znał Marcysia Gałeckiego (Paweł Domagała). Wieczny chłopiec, fan dresowych bluz, komputerów marki Amiga i metalu puszczanego ze starego kaseciaka. Nigdy nie dorósł i dorosnąć nie chce, jak gdyby podskórnie wyczuwając, że tylko ta niekończąca się młodość pozwala mu przetrwać w prowincjonalnym miasteczku, zapomnianym przez Boga i ludzi, w którym magiczne zaklęcie, wyznaczające niezmienny rytm życia, brzmi: „szkoła, praca, dzieci, zgon”.
Wiejskimi bezdrożami, po urokliwych równinach Mazowsza toczy się konwój wiozący tajemnicze urządzenie, które ma trafić aż do Szczecina. Robotnicy – których liczba jest stanowczo zbyt duża, biorąc pod uwagę skomplikowanie przydzielonego im zadania – prowadzą beznadziejną egzystencję, odmierzaną mozolnie pokonywanymi kilometrami. Sytuacja komplikuje się, kiedy konwój natrafia na zbyt niski wiadukt, którego pokonanie będzie wymagać wiele – rzecz jasna zupełnie bezsensownego – wysiłku.
Trójka pracowników śląskiej fabryki samochodów osobowych traci zatrudnienie. Aby zapomnieć o tym smutnym wydarzeniu, udają się na imprezowy wieczór do Warszawy, sfinansowany odprawą jednego z nich. W drodze powrotnej przymusowo zatrzymują się w małej miejscowości, gdzie lokalni mieszkańcy biorą ich za niemieckich biznesmenów, mających w okolicy zbudować fabrykę. Już ten lakoniczny opis sugeruje, że Wereśniak nie zamierza wychodzić poza wykorzystanie klasycznego komediowego motywu qui pro quo w odsłonie – co by nie mówić – cokolwiek prostackiej.
Aż trudno uwierzyć, że tak doświadczony aktor jak Cezary Pazura, pracujący na dziesiątkach planach filmowych z największymi polskimi reżyserami, mógł stworzyć film tak zły jak Weekend. Szumne zapowiedzi zwiastowały kino gangsterskie w stylu Quentina Tarantino, a to coś, czego w naszym kraju jeszcze nie widzieliśmy. I jak na razie nie zobaczymy, bo różnica między Pulp Fiction a Weekendem jest mniej więcej taka sama jak między Kac Vegas i Kac Wawą. Film Pazury ma przede wszystkim jedną ogromną wadę: scenariusz, który bardzo rzadko bawi, za to nieprzyzwoicie często boleśnie żenuje.