Menu Zamknij

Mariusz Urbanek, Tuwim. Wylękniony bluźnierca. Poeta, którego uwiódł komunizm

Tuwim. Wylękniony bluźnierca

Czytanie poetów nie jest dziś w modzie. I choć być może nigdy nie było, to obecnie liryka kojarzy się niemal wyłącznie ze szkołą, w której dociekania „co poeta miał na myśli?” zastępują znacznie bardziej zasadne pytanie „co poeta chce powiedzieć mnie?”. Nic zatem dziwnego, że – jak zauważała Wisława Szymborska – tylko niektórzy lubią poezję. Większym zainteresowaniem cieszą się natomiast pikantne opowieści o prywatnym życiu ludzi ze świecznika. Przeciętny mieszkaniec dużego miasta może nie wiedzieć, w którym roku wydarzyła się bitwa pod Grunwaldem albo czy Puszkin to literat, czy astronauta, wie natomiast, z kim spotyka się aktorka jego ulubionego serialu.

Tę zgryźliwą uwagę czynię nie po to, by dopiec „młodym, «wykształconym» z dużych miast”, lecz po to, by wskazać, że książka Mariusza Urbanka przynajmniej tytułem stara się wabić czytelnika. Oto bowiem mamy opowieść o człowieku, którego prawdopodobnie każdy zna ze słyszenia, ale który – zamiast ciepłego, pełnego ojcowskiej czułości autora wierszy dla dzieci – okazuje się wylęknionym bluźniercą. Już samo brzmienie ostatniego z tych słów niesie określone konotacje religijne – a że spora część naszych krajan za punkt honoru uznaje dawanie odporu wszelkim przejawom obrazy uczuć religijnych, śmiem twierdzić, iż autor celowo zarzucił haczyk, na który chciał złowić jak najwięcej czytelników. Bynajmniej nie czynię mu z tego powodu wyrzutów: Tuwim to ważna postać polskiej kultury, która zasługuje na nowoczesne, popularne opracowanie. I tego rodzaju funkcję Tuwim. Wylękniony bluźnierca spełnia wzorcowo. Jest to biografia napisana świetnym stylem, pełna anegdot, w sposób mistrzowski oddająca klimat zarówno pierwszych dekad XX wieku, jak i ogólnego Zeitgeistu dwudziestu lat niepodległości. Czytelnik wraz z Tuwimem przemierza brzydkie ulice robotniczej Łodzi, by potem przenieść się do Warszawy – do tamtejszego Picadora czy Mieszczańskiej, dwóch lokali, które odegrały bodaj największą rolę w życiu tytułowego bohatera.

Choć zatem jest to opowieść o wielkim artyście, to Urbankowi udała się rzecz niezwykła: zamiast pisać biografię, snuje on gawędę o poecie uwikłanym w swoje czasy, będącym barometrem nastrojów społecznych i niezrównanym obserwatorem społeczeństwa. Dzięki temu dobrze znane utwory nie stanowią już li tylko kolejnych arkuszy papieru zapełnionych pismem, lecz są reakcją na konkretne wydarzenia – a przez to stają się bardziej zrozumiałe. Jeżeli zatem ktoś zastanawiał się, jak to możliwe, że ten sam człowiek na przestrzeni kilku zaledwie lat napisał najwybitniejsze wiersze dla dzieci, a zarazem utwory wulgarne, niekiedy wręcz kipiące erotyzmem i siejące powszechne zgorszenie, ten na kartach książki Urbanka znajdzie na te pytania odpowiedź. Wtedy jednak okaże się, że ów tytułowy bluźnierca daleki był od naruszania – nieważne jak zdefiniowanej – sfery sacrum. Autor biografii przedstawia Tuwima raczej jako ofiarę ataków nacjonalistów i antysemitów, kogoś, kto reagował jedynie na ciągłe kalumnie i potwarze. Owszem – zdaje się mówić Urbanek – trudno jest usprawiedliwić w ten sposób wszystkie „wyskoki” poety, ale postarajmy się najpierw zrozumieć, a potem oceniać. Jestem w stanie całkowicie zgodzić się z tym postulatem.

A jednak w książce Urbanka brakuje mi dwóch istotnych rzeczy. Przede wszystkim po tej trzystustronicowej lekturze wciąż nie do końca wiem, jakim człowiekiem był Tuwim. Miał niezwykłe poczucie humoru – o tym czytamy wprost. Cierpiał na agorafobię – to również fakt. Jednak jego charakter, na przykład codzienny stosunek do ludzi, pozostaje zagadką. A szkoda, bo między wierszami można dostrzec, że wybitny poeta to człowiek zgryźliwy, zgorzkniały i raczej trudny w relacjach. Jest to szczególnie widoczne w trakcie wojennej tułaczki, kiedy z fragmentów listów wyłania się obraz poety, który nie prosi, ale wręcz skamle o wszelką pomoc, nie mogąc pogodzić się z utratą wcześniejszego statusu materialnego. Również w sferze domysłów pozostaje teza, że Tuwim lubił bycie w centrum uwagi, co zapewniało mu zarazem przywileje niedostępne innym. Urbanek ponownie nie mówi tego wprost, ale sugeruje, że – prócz zaślepienia – taka mogła być przyczyna żarliwości, z jaką artysta chwalił komunistyczne władze. A przecież można było powiedzieć to głośno. Tak samo należy przecież interpretować motywy politycznej działalności Jerzego Zawieyskiego, który hańbę zbyt daleko posuniętych ustępstw wobec władz zmył dopiero wystąpieniem w marcu 1968.

Drugi brak – a de facto nadmiar – dotyczy właśnie owego nieszczęsnego „epizodu” (trwającego, nota bene, z górą dziesięć lat), kiedy wielki poeta służył za podnóżek władzy. Otóż Urbanek dostrzega zachwyt Tuwima Stalinem, opisuje – choć oszczędnie – jego kontakty z władzą (nigdy nie dowiadujemy się na przykład, co poeta musiał robić, aby utrzymać swój status), ale używa do tego języka „zaślepienia”, „oczarowania” – słowem, gorącego zaangażowania, będącego przesadzoną reakcją na ciągłe ataki przedwojennej prasy. Nie przekonuje mnie ta obrona, umniejszanie odpowiedzialności Tuwima za zaangażowanie w zbrodniczy system uważam zaś za największą wadę książki Urbanka. Nigdy nie zdarza mi się pochopnie oceniać literatów, którzy układali się z władzą. Takie epizody miało wielu pisarzy, którzy nie do końca widzieli kierunek, w jakim zmierza nowy ustrój, chcieli z nim jakoś żyć. O ile jednak Dąbrowską dręczyły wyrzuty sumienia, skrupulatnie odnotowywane w jej dziennikach, zaś wspomniany już Zawieyski wolał w pewnym czasie zostać skazany na milczenie niż współpracować, o tyle u Tuwima nie ma najmniejszego śladu wątpliwości. Wydaje się, że to nie zaślepiony człowiek – to komunista z krwi i kości, radykał, który byłby w stanie umrzeć za ustrój. Dlatego niewiarygodne wydaje mi się przekonanie Urbanka, że poeta „nie zdążył” sprostować swoich poglądów, jak uczyniła to większość jego kolegów po piórze w okresie tzw. odwilży. Obrona Tuwima jest niepotrzebna – należałoby raczej przedstawić obiektywne fakty i na zimno podać je czytelnikowi. Wszak żadne słowa nie są chyba w stanie udowodnić, iż Tuwim to kolejna ofiara systemu – wydaje się on raczej jego motorem napędowym, a przynajmniej go legitymuje.

To zresztą uwaga ogólna; Tuwim. Wylękniony bluźnierca idzie za poetą krok w krok, regularnie stając w jego obronie. Miejscami Urbankowi brakuje dystansu do bohatera swojej książki. W pełni to rozumiem, ale od autora o takim doświadczeniu moglibyśmy spodziewać się spojrzenia „z lotu ptaka”. Nie chodzi oczywiście o powstrzymanie się od plastycznych opisów, odwoływania do emocji czy wycieczek rodzinnych – to właśnie dzięki tym elementom książkę czyta się wybornie. Jednakże komentarze, które czasem czyni autor, nie pozostawiają miejsca na własne zdanie czytelnika. A przecież w historii świata nie ma i nigdy nie było postaci kryształowych i jednoznacznych.

Tuwim. Wylękniony bluźnierca to publikacja ważna, cenna i potrzebna. Niewiele jest w polskiej literaturze postaci znanych tak pobieżnie i tak jednowymiarowo, jak pochodzący z Łodzi poeta. Książka Urbanka to zresztą nie tylko opowieść o człowieku, ale przede wszystkim o czasach, w których żył oraz tworzył. I nawet jeżeli praca ma swoje wady, to jej czytelnik wciąż jest w stanie nie zgadzać się z autorem, który nie zamyka mu ust ani niczego nie tuszuje. Biografia jest zatem nie tylko opowieścią, ale i zaproszeniem do dyskusji – a to więcej niż można by sobie życzyć.

Autor: Mariusz Urbanek
Gatunek: biografia
Wydawnictwo: Iskry
Rok wydania: 2013
8
Bardzo dobra
Opublikowano wEseje i analizy

Może Cię także zainteresować

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *