Menu Zamknij

Marcin Krzyształowicz, Pan T. Pocztówka z powojnia

Pan T.

Niejeden fan Leopolda Tyrmanda jęknął z zawodu, gdy usłyszał, iż pan T. nie ma nic wspólnego z literatem. Osobiście trudno mi nad tym ubolewać. Wprost przeciwnie: zamiast zakompleksionego kabotyna, Marcin Krzyształowicz przedstawia postać znacznie bardziej interesującą – wnikliwego, wrażliwego człowieka, który niespodziewanie wylądował we wczesnym PRL-u i ma wrażenie, jak gdyby się rozbił się na Marsie.

Gdzieś na stołecznym Mariensztacie pionierki właśnie stawiają ludowy dom kultury. Kolejne kamienice śródmieścia wyrastają wokół Alei Jerozolimskich. Góruje nad nimi monumentalna bryła Pałacu Kultury i Nauki, wyłaniająca się niczym peryskop łodzi podwodnej z morza ruin. Nowy ład – ale starzy ludzie. Część spośród nich dostosowuje się do skrzypiącej rzeczywistości, niektórzy jednak nie mają zamiaru iść na kompromis. Wśród nich jest Pan T., literat, który bardzo chciałby się udać na wewnętrzną emigrację, co oczywiście w ustroju socjalistycznym – paszport tylko za zasługi, a na dodatek, zamiast w szufladzie, deponowany na posterunku MO – jest niemożliwe.

O tym, że najnowszy film Marcina Krzyształowicza nie ma nic wspólnego z biografią Leopolda Tyrmanda, dowiadujemy się już z planszy początkowej. To oczywiście zasłona dymna, która ma ukryć, że twórcom nie udało się porozumieć z potomkami literata. Poszczególne wydarzenia zapożyczone są bowiem zarówno ze słynnego Dziennika 1954, jak również wyraźnie inspirowane Życiem towarzyskim i uczuciowym. Wątki nawiązujące do prozy Tyrmanda to jednak zaledwie fasada – prawdziwe losy pisarza mają charakter zdecydowanie drugorzędny – bo celem filmu zdaje się opowiedzenie o dusznych latach schyłku stalinizmu, kiedy jego najzagorzalsi klakierzy nie zdążyli jeszcze przejść na nowe, „odwilżowe” pozycje. Obserwujemy zatem inteligencki światek Warszawy – czy raczej Warszawki, bo w odbudowywanym rękoma brygad pionierów mieście zbyt wiele się nie dzieje, przez co wciąż trąca ono prowincją. Ogólna ubogość ideologiczna i jak najbardziej realna bieda ekonomiczna powodują, że życie wyprane jest z kolorów – czego nie są w stanie zmienić nawet bale czy kawiarniane dyskusje. Pan T. ma pod tym względem szczególne trudności, bo – jak możemy się domyślić – popadł w niełaskę tzw. czynników decyzyjnych, które skutecznie zablokowały mu możliwość zarabiania piórem. Dlatego główny bohater tuła się po stolicy, próbując zarobić trochę grosza: tu od kogoś pożyczy na obiad, tam sprzeda zegarek, wreszcie przyucza do matury nie najbystrzejszych abiturientów.

Kultura dla Ciebie
Jedna wiadomość miesięcznie. Zero spamu. Recenzje, eseje, analizy. Klasyka i nowości. Bez uproszczeń, z szacunkiem dla czasu i inteligencji Czytelnika.

W filmie Krzyształowicza chodzi zatem nie o biografię, lecz o oddanie klimatu epoki. Tyle że tego celu nie udało się do końca spełnić. Film opiera się bowiem na szeregu dobrze już znanych i mocno wytartych klisz, rysowanych dodatkowo niezbyt subtelną kreską: socrealizm, UB, inwigilacja, układy… Trudno powiedzieć, by przedstawiona w produkcji wizja Warszawy wyjętej ze środka stalinowskiej nocy wypadała lepiej niż ta, którą można znaleźć w Zimnej wojnie czy w Matce Królów. Największą zatem bolączką filmu Krzyształowicza okazuje się fakt, że ten ostatecznie o niczym nie opowiada: ani o ludziach, ani o niełatwych czasach, w których przyszło im żyć.

Paradoksalnie, ten stan rzeczy zupełnie nie przeszkadza w odbiorze. Jest tak głównie dzięki arcyciekawym zabiegom formalne. Monochromatyczny obraz świetnie podkreśla manierę pocztówki z powojnia, choć bardziej niż brak koloru, w oczy rzucają się perfekcyjnie zaplanowane i skomponowane kadry. Fenomenalnie wypadają klaustrofobiczne lokacje, zwłaszcza hotelowy pokój tytułowej postaci: żelazne łóżko, miednica i maszyna do pisania – ta ostatnia jako jedyna nadaje dusznemu, brudnemu pomieszczeniu jakikolwiek błysk. Tym jednak, co najbardziej zwraca uwagę, jest szczypta – a raczej solidna garść – surrealizmu, przechodząca miejscami w czarny humor.

Krzyształowicz serwuje stalinizm w kwaśnym sosie: wyolbrzymia, karykaturyzuje i wykoślawia, a w rezultacie – ośmiesza.

Gdzieś w tej szarej Polsce przebłyskuje nagle humor rodem z filmów braci Coen. Przykład? W fenomenalnej scenie Bierut i pan T. palą uzbekistańską marihuanę w męskiej toalecie. I sekretarz snuje marzenia, jak by to było dobrze dla kraju, gdyby ziołem obsiać pół Mazowsza. Widz zaś zastanawia się: dlaczego postać uważana dziś za godną zapomnienia, zostaje oddana ze zrozumieniem, a nawet ze współczuciem? Otóż zapewne dlatego, że Bierut-potwór byłby zbyt stereotypowy, zbyt prawdziwy. Natomiast ojciec narodu marzący o hektarach konopi indyjskich falujących niczym morze nad brzegami Wisły perfekcyjnie wpasowuje się w klimat filmu: dysput profesorów filozofii podczas malowania żyraf w fabryce zabawek, drętwych przemówień, wieńczonych precyzyjnie odmierzanymi sekwencjami oklasków, w kółko powtarzających się ujęć pokazujących, że w tym zatęchłym, beznadziejnym świecie – funkcjonującym niczym zacięty mechanizm albo porysowana płyta – nic się nie zmienia i zmienić się nie zamierza.

Na szczególną uwagę zasługują odtwórcy głównych ról, w szczególności Paweł Wilczak. Jego bohater to człowiek o absolutnie kamiennym obliczu pokerzysty i minimalnej ekspresji cielesnej. Jego życia psychicznego możemy domyślać się jedynie po minimalnych, ledwie dostrzegalnych gestach: ruchu gałek ocznych albo przełknięciu śliny. Mimo tak ubogiego zestawu środków wyrazu, Wilczak kreuje pełnoprawną postać, którą bez trudu możemy zrozumieć. Świetnie partneruje mu Sebastian Stankiewicz, Waldemar Bluszcz, a przede wszystkim Maria Sobocińska, która okazuje się jedną z niewielu młodych polskich aktorek, mających tak wyrazisty styl i charakter.

Pan T. to bardzo nietypowy przykład przerostu formy nad treścią – nietypowy, ponieważ w żadnym razie nie jest to zarzut. Brak jest tu zarówno bohatera indywidualnego, wplecionego w dramaturgiczne ramy wstępu, rozwinięcia i zakończenia, jak i bohatera zbiorowego – obywateli PRL początku lat 50. ubiegłego stulecia. Cóż jednak z tego, skoro nawet bez myśli przewodniej seans daje dużą satysfakcję? Mimo że film nie puszcza oka w stronę kina popularnego, a tym bardziej nie ma artystycznych aspiracji, okazuje się całkiem ambitną produkcją, strawną również dla przeciętnego widza. A to już nie byle jakie osiągnięcie.

Reżyseria: Marcin Krzyształowicz
Gatunek: dramat
Kraj produkcji: Polska
Rok: 2019
7
Dobry
Opublikowano wEseje i analizy

Może Cię także zainteresować

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *