Emerytowany górnik, Wiktor (Marian Dziędziel) i świeżo owdowiała nauczycielka muzyki, Barbara (Ewa Wiśniewska) wspólnie wyruszają w podróż nad morze. Choć pozornie dzieli ich bez mała wszystko, pokonywane razem kilometry pozwalają znaleźć wspólny język i porozumieć się zbłąkanym duszom. Wbrew temu, co można by wywnioskować z tego opisu, Jerzy Domaradzki jest reżyserem zbyt doświadczonym i inteligentnym, by swój film oprzeć na spranym schemacie „od wrogów do kochanków”.
W trakcie wizyty w USA skrzypaczka Marta (Krystyna Janda) spotyka dyrygenta polskiego pochodzenia, Johna Lasockiego, który przed laty kochał się w jej matce. Wkrótce muzyk przyjeżdża do Polski, gdzie ma wysłuchać wykonania V Symfonii Beethovena, przygotowanej przez męża Marty, ambitnego i porywczego Adama (Andrzej Seweryn). Dyrygent to kolejny film Wajdy, który mógłby być naprawdę dobry, gdyby nie realizacyjne lenistwo skutkujące dużą liczbą rzucających się w oczy błędów technicznych, skutecznie psujących seans.
O Berlingowcach pisze się dziś niewiele, a jeżeli już – to raczej przedstawia się ich najczęściej w negatywnym świetle. W walczących pod radzieckim dowództwem żołnierzach widzi się zaprzańców i zdrajców, a ich działania bojowe – zainaugurowane krwawą i zupełnie bezsensowną strategicznie bitwą pod Lenino – uważa za ciąg porażek. To, iż takie przekonanie wynika ze zwyczajnej ignorancji, staje się oczywiste po lekturze książki Berlingowcy. Żołnierze tragiczni.
Bitwa o Monte Cassino to obok bitwy o Anglię jeden z największych sukcesów polskich sił zbrojnych walczących na obczyźnie w czasach ostatniej wojny światowej. Mimo to różnica między Dywizjonem 303 a 2. Korpusem Polskim jest znaczna: o ile ten pierwszy doczekał się kilku filmów, jakkolwiek nad ich jakością można by długo debatować, o tyle losy tego drugiego pozostawały jak dotąd – nie wiedzieć czemu – obszarem niezagospodarowanym przez twórców fabuł.
Choć Roses miał początkowo ukazać się w roku 2003, za sprawą zawieszenia działalności zespołu na rynek trafił bez mała dekadę później. Trudno jednak mówić, by muzyka na nim zawarta straciła w międzyczasie na aktualności. The Cranberries zawsze miało talent do pisania bardzo chwytliwych piosenek, choć można utyskiwać, że wraz z wiekiem muzycy przejawiali coraz mniejszą ochotę do ostrzejszych numerów, zadowalając się kompozycjami bardziej subtelnymi, by nie rzec – balladowymi.
Kto dziś pamięta o twórczości Anny Kowalskiej? Nie jest to – niestety – pytanie retoryczne. Choć jej nazwisko pojawia się niekiedy w rozważaniach nad literaturą polską ubiegłego stulecia, to najczęściej występuje w kontekście trwającej ponad dwie dekady przyjaźni z Marią Dąbrowską. Być może twórczość zmarłej w roku 1969 literatki zgłębia się jeszcze w salach seminaryjnych niektórych uniwersytetów, słuszna wydaje się jednak konstatacja, że wśród przeciętnych odbiorców nazwisko Kowalskiej nie wywołuje żadnych skojarzeń.
Biograficzna opowieść o Januszu Korczaku, jednym z pionierów polskiej myśli pedagogicznej. Wajdy nie interesuje jednak cały życiorys tytułowej postaci, lecz przede wszystkim okres tuż przed wybuchem II wojny światowej i po jej rozpoczęciu. Jak można się domyślić, film dzieli te same zalety i wady z innymi dziełami pochodzącego z Suwałk reżysera. Do tych pierwszych zaliczyć należy przede wszystkim fenomenalne aktorstwo: Wojciech Pszoniak kreuje postać pełnokrwistą, która łączy w sobie pasję i zaangażowanie ze stoicyzmem.
Tytułowy zabójca, wykonujący morderstwa na zlecenie, zawodzi podczas jednego z zamachów. Ścigany przez byłych pracodawców, chce się zemścić, choć nie bardzo wiadomo, za co, skoro – jak dowiadujemy się z dalszej części – likwidacja nierzetelnego killera to standardowa praktyka stosowana w świecie płatnych zabójstw. Fincher, który lata temu był jednym z moich ulubionych reżyserów, już od lat nie nakręcił niczego, co zbliżałoby się do jego najwybitniejszych osiągnięć w rodzaju Siedem.
Nagrodzony Oscarem film dokumentalny opowiadający o pierwszych trzech tygodniach oblężenia ukraińskiego Mariupola. Choć krytyka filmu może wydawać się cokolwiek niepoprawna politycznie i prowadzić do posądzeń o brak wrażliwości, należy uczciwie powiedzieć, że w kategoriach dokumentu jest to osiągnięcie przeciętne, a przynajmniej – nieporywające. Na produkcję składają się wyłącznie migawki kolejnych bombardowań i ofiar, dodatkowo nakręcone w taki sposób, by manipulować uczuciami (międzynarodowego) widza.
Cztery platynowe płyty – nawet uwzględniając drastycznie niskie wymagania dotyczących certyfikacji, taki wynik robi wrażenie. Jeśli do tego wziąć pod uwagę, iż mówimy o debiucie, konkluzja może być tylko jedna: Sanah szturmem wdarła się na szczyty list przebojów, niepostrzeżenie wyrastając na najważniejsze muzyczne odkrycie trzeciej dekady XXI wieku. Sęk w tym, że jeżeli przyjrzeć się jej pierwszemu albumowi, można poważnie zacząć łamać sobie głowę nad zagadką, skąd tak wysokie noty i pełne zachwytów recenzje.